Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy arturiańskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą legendy arturiańskie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 sierpnia 2011

„Mgły Avalonu” Marion Bradley Zimmer

Wydawca: Zysk i S-ka
Liczba stron: 1354
Ocena: 6+/6


Czy zna ktoś z Was osobę, która nigdy nie słyszała legendy o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu? Ja tak, ale sądzę, że należy ona do mniejszości. Marion Bradley Zimmer podjęła się napisania nowej wersji tej znanej opowieści - z perspektywy biorących w niej udział kobiet; w moim odczuciu najlepszej, jaka kiedykolwiek powstała.

Był taki czas, kiedy wędrowiec, jeśli miał ochotę i znał choćby kilka tajemnic, mógł wypłynąć łodzią na Morze Lata i dotrzeć nie do Glastonbury pełnego mnichów, lecz do Świętej Wyspy Avalon. W tamtych czasach wrota łączące światu unosiły się we mgle i otwierały wedle woli i myśli wędrowca...

Jestem pod ogromnym urokiem tej książki. Mam wrażenie, że rzuciła na mnie czar, z którego prędko się nie uwolnię. Pomimo ogromnej objętości pochłonęłam ją w zadziwiająco krótkim czasie. Unikalną atmosferę tworzy magia; kult bogini - Wielkiej Matki, Święta Wyspa Avalon, intrygujące rytuały odprawiane przez kapłanki. To jest moim zdaniem najciekawszy element książki, ale dużo emocji wzbudził we mnie także wątek konfliktu religii pogańskiej, celtyckiej z chrześcijaństwem. Fanatyczna wręcz religijność Gwenifer, jej zaślepienie i upór doprowadzały mnie do szału. W wielu kwestiach zgadzałam się natomiast z niezależną, pewną swoich racji Morgianą. Autorce udało się wykreować też inne ciekawe postacie kobiece: Panią Jeziora Vivianę, Morgause i Nimue, choć jej losy wyglądały zupełnie inaczej niż w innych wersjach legendy. Fabuła obfituje w wiele zaskakujących wydarzeń, intryg dworskich i romansów. Niewiele miejsca zostało poświęcone poszukiwaniom Świętego Graala w formie kielicha, których wyjątkowo nie toleruję - kolejny plus.

„Mgły Avalonu”  to jedna z najważniejszych książek mojego życia. Najbardziej emocjonująca i najlepiej dopasowana do moich zainteresowań. Ta powieść oczarowuje, chce się zapomnieć o rzeczywistości i czytać, czytać, czytać. Gorąco polecam!
________
Jutro wyjeżdżam w góry i wracam w środę. Całe wakacje czekałam na ładną pogodę i w końcu jest. :]

niedziela, 7 listopada 2010

„Miecz dla króla” T. H. White

   
Wydawca: Solaris
Liczba stron: 370
Ocena: 2/6


Nie byle jaki pierwszy z brzegu kraj,
Gdzie las, powietrze i woda,
Ale Wyspę Gramarii odwiedzimy dziś –
Czeka nas tam Przygoda.

Sięgając po klasyczny już dziś przykład retellingu legend arturiańskich, pierwszy tom cyklu pt. Był sobie raz na zawsze król autorstwa Terence'a H. White'a wydanego po raz pierwszy w latach 1938-1977, miałam nadzieję przenieść się na nowo do świata, którym fascynowałam się w dzieciństwie. Nie do końca mi się to udało, ponieważ niniejsza książka jest raczej infantylną i nieco dziwną baśnią, w której sam środek raczej nie chciałabym trafić.

Średniowieczna Anglia. Na skraju Puszczy Dzikiej zamieszkiwanej przez fantastyczne stworzenia, w zamku Sir Ectora wychowują się dwaj młodzi chłopcy: Kay - przyszły pan na włościach i Art, zwany Wartem, którego pochodzenie nie jest do końca jasne. Obaj spędzają czas na typowych dla tej epoki zajęciach: walce na kopie, łucznictwie, szermierce i polowaniach. Ich edukacją zajmuje się także żyjący pod prąd czasu czarodziej Merlin, którego lekcje nie przypominają niczego, co dotąd mieliśmy okazję poznać. Za pomocą magii potrafi on bowiem zmienić postać człowieka w dowolne zwierzę, ale na taką przemianę pozwala tylko Wartowi, którego wyraźnie faworyzuje. Dzięki nim chłopiec poznaje różnorodne struktury społeczne i uczy się umiejętności charakteryzujących dane stworzenia, co może przynieść mu w przyszłości duże korzyści.

Już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów zorientowałam się, że dialogi to jeden z najsłabszych aspektów tej powieści. Wyjątkowo dziecinne, często jedno-dwu wyrazowe wypowiedzi w ustach osób dorosłych, nie wyłączając Merlina, po którym spodziewałam się nieco bardziej rozwiniętych i dających do myślenia stwierdzeń, nie wniosły nic ciekawego do fabuły. Również ona nie zachwyca. Jest bardzo nierówna - raz jakieś wydarzenie ciągnie się nienaturalnie długo przez kilka rozdziałów, by następne zmieściło się kilkunastu linijkach. Są to w dodatku sytuacje bardzo luźno, żeby nie powiedzieć wcale, ze sobą związane. Brakuje chociażby jednej, konkretnej linii fabularnej, która sprawiłaby, że czytelnik z niecierpliwością przewracałby kolejne kartki powieści, by poznać dalsze losy bohaterów. Na nieco naciągany plus zasługują za to fragmenty, w których Wart poznaje życie zwierząt, zmieniając się w jednego z nich. Naciągany, ponieważ sporo w nich jak dla mnie zupełnie niepotrzebnego zanudzania, czym moim zdaniem niewątpliwie są opisy sposobów latania ptaków.

Fantasy jest gatunkiem literackim, który rządzi się własnymi prawami,ale wszelkie udziwnienia stosowane przez autorów rzadko kiedy wychodzą tym powieściom na dobre. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Pomysł, że Merlin doskonale pamięta czasy obecne, ponieważ jego życie płynie pod prąd czasu, jest całkiem interesujący, ale niestety kiepsko sprawdza się w epoce, w której rozgrywa się akcja książki. Współczesne słownictwo sprawiło, że nijak nie mogłam poczuć atmosfery średniowiecznej Anglii, którą bardzo lubię.

Miecz dla króla nie jest jednak tak niewartą uwagi powieścią, jak to wynika z treści powyższych akapitów. Mnie osobiście bardzo przypadły do gustu plastyczne i po prostu urzekające opisy przyrody, a także ładne wydanie, które pięknie prezentuje się na półce. Zdaję sobie sprawę, że to niewiele, ale postanowiłam dać drugą szansę tej sadze, ponieważ kolejne tomy są podobno znacznie lepsze.