Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Prószyński i S-ka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 5 maja 2012

„Łowca snów” Stephen King




Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Cykl: -
Liczba stron: 608
Tytuł oryginału: Dreamcatcher
Rok wyd. oryginału: 2001
Ocena: 4/6







Wiele osób wierzy w istnienie rozumnych istot pozaziemskich i nie jest to wbrew pozorom całkowicie pozbawione sensu. Póki co jednak, pozostaje nam wypatrywać na niebie nieznanych, latających obiektów lub zaglądać do filmów czy książek o takiej tematyce. Jedną z nich, i to wypadającą całkiem realistycznie, jest właśnie powieść Stephena Kinga.


wtorek, 10 kwietnia 2012

„Synowie boga” M. D. Lachlan

 



Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Cykl: Seria Nowej Fantastyki
Liczba stron: 584
Tytuł oryginału: Wolfsangel
Rok wyd. oryginału: 2010
Ocena: 3/6








M. D. Lachlan w swoim debiucie fantasy „Synowie boga” czerpie pełnymi garściami z mitologi ludów skandynawskich i przedstawia własną, bardziej naturalistyczną wersję historii najwyższego z bogów nordyckich, Odyna i straszliwego wilka Fenrira. O ile w założeniach sprawia wrażenie przekonującej, o tyle wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

niedziela, 22 stycznia 2012

„Królewska krew. Wieża elfów” Michael J. Sullivan




Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2011
Cykl: Seria Nowej Fantastyki: Odkrycia Riyrii
Liczba stron: 736
Tytuł oryginału: The Crown Conspiracy / Avempartha
Rok wydania oryginału: 2007, 2009
Ocena: 4/6






Powieści ze stosunkowo niedawno powstałej serii Nowej Fantastyki: „Najlepsze książki na świecie. Prawdopodobnie” nie są z pewnością literaturą najwyższych lotów, ale prezentują przyzwoity poziom i zapewniają kilka godzin bezpretensjonalnej rozrywki. Na debiutancki utwór Michaela J. Sullivana składa się klasyczne fantasy z odrobiną powieści łotrzykowskiej. Podobne połączenie występuje w drugim tomie serii.

Hadrian Blackwater i Royce Melborne to nieprawdopodobnie utalentowany duet złodziejski, znany pod nazwą Riyria. Zdobędzie dla bogatego hrabiego poufne listy córki markiza, by potem za odpowiednio wysokie wynagrodzenie oddać je właścicielce. Dla wprawy wykradnie pilnie strzeżony obiekt, by następnego dnia odnieść go we właściwe miejsce. Ma swoje zasady. Złamanie jednej z nich staje się przyczyną niemałych kłopotów. Hadrian i Royce zostają niesłusznie oskarżeni o zamordowanie króla. Porwanie księcia wydaje się jedynym skutecznym pomysłem, by ocalić życie i odnaleźć więzienie potężnego, groźnego czarnoksiężnika.

Powieść amerykańskiego pisarza, a właściwie dwa pierwsze tomy serii, mają za zadanie zapewnić rozrywkę i bez wątpienia im się to udaje. Przewidywalna fabuła, nieco naciągane momenty i prosty, zaledwie poprawny język są w pełni rekompensowane przez żywą akcję, ciekawą, wciągającą fabułę i sporą dawkę humoru. Wprowadzający tom stawia na szybkie tempo następujących po sobie wydarzeń, natomiast drugi skupia się na intrygach. 

Niedopracowana jest kreacja świata. Tak ważna w powieści fantasy jest tutaj potraktowana po macoszemu. Ogromna ilość nic nieznaczących nazw krain, mało opisów i żadnego charakterystycznego miejsca, które miałabym ochotę zobaczyć na własne oczy. Niewiele dowiadujemy się o jego historii, panujących obyczajach i wierzeniach. Początkowo mnich o niezwykłej umiejętności zapamiętywania co do słowa wszystkiego, co kiedykolwiek przeczytał, a następnie ponad dziewięćsetletni czarodziej niechętnie dzielą się własną wiedzą, na zadawane im pytania odpowiadają w nieprzynoszący satysfakcji sposób. Występuje tradycyjny podział na ludzi, elfów i krasnoludy, choć póki co dwie ostatnie grupy nie odgrywają żadnej istotnej roli.

Główne postacie, choć dość barwne, są nierozbudowane i początkowo trudno ich od siebie odróżnić. Ich osobowość i umiejętności poznajemy wyłącznie dzięki samodzielnej ocenie sytuacji, w jakiej się znaleźli. Obaj niewiele mówią, zawsze konkretnie, na temat i z drobnymi złośliwościami, o które żaden się jednak nie obraża. Royce jest niski, zwinny, ma sokoli wzrok i potrafi otworzyć wszystkie zamki, natomiast Hadrian, zawsze z trzema mieczami u boku, zna dawno zapomniane sztuki dające mu przewagę w starciu z kilkoma przeciwnikami naraz. Razem tworzą zgrany duet, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Ciekawi mnie, jak Sullivan rozwinie te postacie w kolejnych tomach.

Polecam czytelnikom dopiero zaczynającym przygodę z fantasy i wszystkim innym szukających po prostu lekkiej, przyjemniej lektury. Idealnie nadaje się jako przerywnik pomiędzy cięższymi, wymagającymi skupienia utworami.

środa, 23 listopada 2011

„Wyprawa czarownic” Terry Pratchett

 



Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2001
Cykl: Świat Dysku
Liczba stron: 264
Tytuł oryginału: Witches Abroad
Rok wyd. oryginału: 1991
Ocena: 5,5/6






„Wyprawa czarownic” jest dwunastą powieścią kultowego cyklu - Świat Dysku. Tym razem Terry Pratchett bierze na warsztat osobliwą mieszankę złożoną z luster, baśni i podróży. Jest to najlepszy, spośród znanych mi trzech, utwór mistrza powieści humorystycznej.

Lustro może wessać skrawek duszy. Lustro może pomieścić odbicie całego wszechświata, niebo pełne gwiazd w kawałku posrebrzanego szkła, nie grubszego niż tchnienie. Kto rozumie lustra, ten rozumie prawie wszystko. Spójrzmy w lustro... głębiej... na pomarańczowe światełko na nagim górskim wierzchołku, tysiące mil od roślinnego ciepła bagien...

Po śmierci Dezyderaty, rolę matki chrzestnej niepozornej dziewczynki Elli przejmuje Margrat. Jej misją jest zapobiegnięcie ślubowi z księciem odległej krainy. Młodej i niedoświadczonej, ale pełnej zapału czarownicy postanawiają pomóc koleżanki po fachu: Babcia Weatherwax i Niania Ogg. Razem udają się do Genoi, rządzonej przez miłośniczkę szczęśliwych zakończeń, Lilith. Podróż bogata jest w spotkania z bohaterami znanych baśni i poznawanie zwyczajów zagranicznych krajów. 

Jako pierwsza, uwagę przykuwa barwna okładka. Drobiazgowość i lekkie szaleństwo idealnie komponują się z treścią książki. „Wyprawa czarownic” zawiera liczne aluzje do baśni, m.in. o Czerwonym Kapturku, Śpiącej Królewnie czy też Kopciuszku. Pozbawione są magicznej otoczki, niemniej jednak już samo ich zauważanie to duża satysfakcja. Do tego mamy Casanovę, vodou i pogromcę wampirów, kota Greeba.

Dla reszty świata był wielkim kocurem, wypchanym niewiarygodnie niezniszczalną siłą życiową opakowaną w skórę. Obcy często się nad nim litowali, bo praktycznie nie miał uszu, a jego morda wyglądała, jakby usiadł na niej niedźwiedź. Nie mogli wiedzieć, że przyczyną tego jest kocia duma Greeba, która kazała mu próbować walczyć albo gwałcić absolutnie wszystko, aż do czworokonnego wozu z drewnem włącznie. Kiedy Greebo maszerował ulicą, groźne psy skamlały i chowały się pod schodami. Lisy trzymały się z daleka od wioski. Wilki starały się ją omijać. - To taki wielki pieszczoch - rzekła niania.

„Wyprawa czarownic” jest powieścią wielowymiarową. Pratchett zgrabnie przeplata w niej zabawne sytuacje z fragmentami refleksyjnymi i tylko od nas zależy, czy będziemy chcieli poświęcić im dłuższą chwilę.

Ogromną sympatię wzbudzają główne bohaterki: zwolenniczka głowologii, wyznająca surowe zasady, których jednak osobiście się nie trzyma - Esme Weatherwax, znawczyni obcych języków i ludowych przyśpiewek, miłośniczka jedzenia, które powinno uciekać na czterech nogach albo na parze nóg i parze skrzydeł. A przynajmniej mieć płetwy. Pomysł jedzenia mającego więcej niż cztery nogi to całkiem inna para... tzn. kilka par kaloszy - Gytha Ogg i zmokła kura, Margrat Garlick. Dialogi pomiędzy nimi to kolejna charakterystyczna cecha książki. Lekko ironiczne i proste w swojej konstrukcji na długo zapadają w pamięć. 

„Wyprawa czarownic” będzie idealnym wyborem, jeśli szukamy kilku godzin relaksu, a także humoru na najwyższym poziomie. Polecam!

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

„Legenda o Sigurdzie i Gudrun” J. R. R. Tolkien

Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 560
Ocena: 3+/6


„Władca Pierścieni” jest najbardziej znanym dziełem Tolkiena i jednocześnie jedną z moich ulubionych trylogii, dlatego też konsekwentnie kupuję i czytam inne książki tego wybitnego, angielskiego pisarza. Tym razem wybór padł na niepublikowaną dotąd wersję legendy z mitologii ludów skandynawskich. Choć tytuł wyraźnie mówi o jednej, to znaleźć możemy tu dwie, powiązane ze sobą pieśni.

„Pieśń o Völsungach” to rodowód wielkiego bohatera Sigurda, który zabił smoka Fafnira i przywłaszczył sobie jego skarb, obudził walkirię Brynhildę oraz zawarł braterstwo krwi z książętami Niflungów. „Pieśń o Gudrun” opowiada o małżeństwie Gudrun, zawartym wbrew jej woli z potężnym Atlim, władcą Hunów, i zemście, którą wymierzyła mężowi za wymordowanie braci.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam „Legendę...” na półce w księgarni, wpadłam w zachwyt. Bardzo ładna, stylizowana na epokę średniowiecza okładka mnie zauroczyła, a ponad pięciuset stronicowa objętość zapowiadała długie, przyjemne chwile spędzone nad lekturą. Potem jednak emocje opadły. Niemałą część książki zajmują bowiem komentarze, przypisy i wprowadzenia pióra Christophera Tolkiena. Większość czytelników, nie wyłączając w tym mnie, uzna je bez wątpienia za nieatrakcyjne i nużące. Niewykluczone wszak, że dla bardziej oddanych fanów, będą to wartościowe fragmenty. „Legenda...” została napisana dość uroczystym, ale i niezwykle żywym językiem. Dla znających angielski, nie lada gratką będzie możliwość choćby fragmentarycznego przeczytania tego utworu w oryginale. Strofy te znajdują się zaraz obok polskiego przekładu. Nie było to łatwe zadanie, dlatego tym większy jest mój podziw dla obu tłumaczek.

Przed rozpoczęciem lektury dobrze jest zapoznać się z ogólnym zarysem treści mitologii skandynawskiej. Ogromna ilość imion i opisanych w zaledwie kilku wersach wydarzeń początkowo bardzo przytłacza. Niektóre fragmenty musiałam przeczytać kilkukrotnie, a i tak zrozumiałam je w stu procentach dopiero, gdy wpadłam na jakże genialny pomysł! - zajrzałam do streszczeń zamieszczonych w internecie.

Cieszę się, że „Legenda o Sigurdzie i Gudrun” trafiła w moje ręce, aczkolwiek ocena byłaby dużo niższa, gdyby nie rewelacyjne, zapadające w pamięć zakończenie drugiej pieśni. Generalnie, bardziej przypadła mi  ona do gustu niż pierwsza. Zdarzenia płynniej przechodziły jedno w drugie, były bardziej dynamiczne. Polecam fanom Tolkiena i wszystkim, którzy lubią legendy/mity skandynawskie.

niedziela, 26 września 2010

„Zagadki z przeszłości” Agnieszka Herman

 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Seria: "Na ścieżkach nauki"
Liczba stron: 144
Ocena: 3/6


Naukami ścisłymi interesowałam się od dziecka. Początkowo przeglądałam encyklopedie dla dzieci, a potem czytałam artykuły w internecie. W szkole podstawowej moim ulubionym przedmiotem była przyroda, a w gimnazjum biologia i chemia. W związku z tym byłam niezmiernie szczęśliwa, gdy natrafiłam na serię wydawniczą "Na ścieżkach nauki", która od razu zwróciła moją uwagę. Zaraz po odebraniu przesyłki z dwoma tomami zabrałam się za cieńszą z nich: Zagadki z przeszłości Agnieszki Herman.

Obecnie wyróżnia się całe mnóstwo gatunków i podgatunków kopalnych zwierząt. W przypadku niektórych zn ich nauce dostępne są jedynie fragmentaryczne kości palców lub pojedyncze zęby. Czy rzeczywiście od analizy kilku zębów australopiteka do teorii o jego życiu rodzinnym wiedzie droga wolna od bezpodstawnych wniosków? To trochę jak układanie puzzli, gdy nie ma się bladego pojęcia, co przedstawia obraz, z którego je wycięto. Tysiące kolorowych kawałeczków i żadnej wskazówki. Wyobraźmy sobie, że z wielu tysięcy mamy przed sobą tylko dziesięć losowo wybranych kawałków. Niestety w momencie, kiedy wydaje nam się, że wiemy, co przedstawia obraz, ktoś znajduje pod stołem jedenasty kawałek, który złośliwie zupełnie nie pasuje do naszej koncepcji.

Muszę przyznać, że jeszcze przed rozpoczęciem lektury miałam spore obawy, czy moja stosunkowo niewielka wiedza z racji wieku, okaże się wystarczająca, by przebrnąć przez tą co prawda popularną, ale mimo wszystko naukową publikację. Typowe dla tego gatunku częste używanie fachowej terminologii oraz brak fabuły nie stały się jednak dla mnie przeszkodą nie do pokonania ze względu na zrozumiałe wyjaśnienia. Bardzo rzetelny i nierzadko humorystyczny sposób przedstawienia masy, wydawałoby się suchych faktów, sprawił, że pod względem "wciągnięcia" dorównuje ona dowolnej powieści posiadającej linię fabularną. Wydana na początku ubiegłego roku stanowi zbiór, zebranych z zagranicznych książek naukowych oraz artykułów opublikowanych w prasie specjalistycznej, najnowszych odkryć z dziedziny paleoantropologii wzbogaconych o zabawne anegdoty i tabelki zawierające wszystkie opisywane gatunki ukazane w porządku chronologicznym. Za wady tej książki mogę uznać jedynie jej niewielką objętość, przez co po skończeniu lektury, czułam pewien niedosyt. Szkoda również, że pozycja ta nie została zaopatrzona w ilustracje, które z pewnością urozmaiciłyby jej znakomitą treść.

Nie jestem w stanie dodać już nic więcej na temat Zagadek z przeszłości, ponieważ nie jestem przyzwyczajona do recenzowania książek bez fabuły czy bohaterów. Powiem jeszcze tylko, że cała ta seria zapowiada się na moje czytelnicze odkrycie tego roku i już wkrótce zamierzam sięgnąć po inne tego typu publikacje.

sobota, 11 września 2010

„Rozważna i romantyczna” Jane Austen

 
Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 312
Ocena: 4/6


Nie przepadam za powieściami obyczajowymi, ale jestem zdania, że od czasu do czasu warto przeczytać coś niemającego nic wspólnego z dotychczasowymi zainteresowaniami. Tym razem zdecydowałam się na Rozważną i romantyczną - pierwszą z książek Jane Austen, która ujrzała światło dzienne i już od samego początku zdobywała bardzo pochlebne recenzje. Spodobała mi się, jednak nie tak bardzo jak przeczytana wcześniej przeze mnie Duma i uprzedzenie.

Południowa Anglia. Przełom XVIII i XIX wieku. Siostry Dashwood - rozsądna i powściągliwa Elinor oraz uczuciowa i impulsywna Marianne po śmierci ojca wraz z matką i młodszą siostrą Margaret zostają zmuszone opuścić rodzinną posiadłość i przenieść się do oddalonego o wiele mil skromnego domku w uroczej dolinie Barton. Smutna konieczność przynosi jednak ze sobą splot wielu zabawnych chwil, miłosnych uniesień i nieprzewidzianych sytuacji.

Już na wstępie powiem, że nie jest to lekka i przyjemna lektura na dwa wieczory. Odrobinę archaiczny język, długie przemowy bohaterów i duszna atmosfera epoki wiktoriańskiej męczyły mnie, przez co nie byłam w stanie przeczytać jednorazowo więcej niż trzydzieści stron. Patrząc jednak na te trzy aspekty z innej strony, mogę zaliczyć je również do atutów tej powieści. W połączeniu z powolną akcją wywołują one bowiem w umyśle czytelnika obraz życia codziennego ludzi w tamtych czasach. Znakomicie przybliżają ich realia: liczne przyjęcia i spotkania, podczas których grano w karty, tańczono i prowadzono rozmowy przy filiżance herbaty. Niezbyt to moim zdaniem interesujące, lecz pozostaje to tak naprawdę bez znaczenia. Liczy się fakt, że Austen udało się stworzyć wierny obraz własnej epoki, który jest nadal chętnie "oglądany" w jej powieściach.

Na uwagę zasługują także świetnie wykreowani bohaterowie, którzy ewidentnie pełnią w powieściach Austen najistotniejszą rolę. Każdy ma swój niepowtarzalny i odrobinę przerysowany charakter. Nie mogą jednak powiedzieć, żeby którakolwiek z tych postaci wzbudziła moją sympatię. Główne bohaterki często irytowały mnie swym zachowaniem: Marianne ignorowaniem ludzi o innych poglądach niż jej własne, natomiast Elinor często zbyt chłodnym podejściem do różnych spraw. Pierwsza z nich była za bardzo uczuciowa, a druga przesadnie rozsądna. Doszłam do wniosku, że przesłaniem tej powieści może być stwierdzenie, iż powinno się zachować równowagę, a wszelkie "przegięcia" w jedną bądź drugą stronę mogą niekorzystnie wpłynąć na nasze życie.

Już po kilkudziesięciu stronach byłam niemal pewna zakończenia, ale w przeciwieństwie do identycznej sytuacji w Dumie i uprzedzeniu okazało się, że byłam w błędzie. Takiego finału z pewnością nikt nie mógł się spodziewać, choć nie oznacza to, że było ono nadzwyczaj oryginalne. Tak więc duży plus za nieprzewidywalność, bo nie ma chyba nic gorszego od świadomości, że nic nas już w danej powieści nie zaskoczy. W wydaniu Prószyńskiego i S-ka nie znalazłam ponadto żadnych literówek ani innych tego typu "kwiatków", które skutecznie potrafią zniechęcić mnie do lektury nawet najlepszej książki.

Trudno jest mi wystawić niniejszej powieści jednoznaczną ocenę. Mimo paru niedociągnięć jest to niewątpliwie pozycja warta uwagi, choć nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia, jak bym tego chciała. Może to po prostu wina faktu, że wolę literaturę innego typu. Dla miłośników twórczości Jane Austen pozycja obowiązkowa. Jeśli ktoś lubi epokę wiktoriańską i/lub powieści obyczajowe to także z pewnością się nie rozczaruje. Ja osobiście zamierzam zapoznać się również z innymi książkami tej angielskiej pisarki.