Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2/6. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 września 2011

„Eremanta” Joanna Skalska

Wydawca: Powergraph
Liczna stron: 288
Ocena: 2/6


Gdy już udało mi się pozbyć uprzedzeń do książek polskich autorów natknęłam się na powieść tak przeciętną, że zaczynam myśleć, iż moja niezbyt dobra opinia o nich nie była bezpodstawna.

Co łączy współczesną Anglię i skrytą wśród gór przeklętą wioskę w nienazwanym kraju? Co wspólnego mają listy, opowiadające o spotkaniu sprzed lat i tajemnicza książka, odnaleziona w hiszpańskim antykwariacie? Co przyciąga do siebie Magdę, polską tłumaczkę i bezimiennego nieznajomego, który pojawił się u niej na przyjęciu i nie chce jej opuścić?

Moim skromnym zdaniem odpowiedź na pierwsze dwa pytania brzmi: „nic”, a na trzecie, choć się starałam, nie udało mi się znaleźć żadnego satysfakcjonującego wyjaśnienia. Jednym z wątków powieści są losy mieszkańców wioski, pozbawionych głosu na skutek klątwy. Brzmi interesująco. Od razu nasunęły mi się pytania typu: co złego uczynili, czy jest jakiś sposób na zdjęcie klątwy? W praktyce jednak wątek ten nie porywa, a zachowanie niemych bohaterów jest nie do zniesienia. Zdziwiło mnie to, bo generalnie lubię ciszę. Wydarzenia opisujące teraźniejszość z perspektywy polskiej tłumaczki mieszkającej w pod londyńskiej willi zdają się być ciekawsze, ale nie na tyle, bym nie mogła oderwać się od lektury. W każdej książce staram się znaleźć jakąś wyróżniającą ją pozytywną cechę, ale tutaj nie dopatrzyłam się żadnego takiego elementu.

Mam wrażenie, że gdyby autorka oddzieliła od siebie oba wątki i je rozbudowała, czytelnik otrzymałby przyjemną obyczajówkę i intrygującą powieść historyczną. Na niecałych 300 stronach nie łatwo jest bowiem je połączyć. Joannie Skalskiej się ta trudna sztuka nie udała.

czwartek, 7 lipca 2011

„Amerykańscy bogowie” Neil Gaiman

Wydawca: Mag
Liczba stron: 608
Ocena: 2+/6


Neil Gaiman to idealny popkulturowy twórca naszych czasów - synkretyczny, łączący ogień z wodą, obdarzony anarchistyczną wyobraźnią. *

Do tej pory miałam jedynie okazję zapoznać się z „Gwiezdnym pyłem” tegoż autora i mogę to spotkanie bez wątpienia zaliczyć do udanych. Z przeczytaniem kolejnej powieści zwlekałam dość długo, aż do chwili, gdy usłyszałam o „Amerykańskich bogach”. Pomyślałam sobie, że z racji mojego zainteresowania wątkami religijnymi będzie to idealna pozycja i niestety się rozczarowałam.

Po trzech latach spędzonych w więzieniu Cień ma wyjść na wolność. Na dwa dni przed zakończeniem wyroku jego żona, Laura, ginie w wypadku samochodowym w tajemniczych okolicznościach - wszystko wskazuje na zdradę małżeńską. Wracając do domu, oszołomiony cień spotyka tajemniczego mężczyznę o imieniu Wednesday, twierdzącego, że jest uchodźcą wojennym, byłym bogiem i królem Ameryki. We dwóch wyruszają w podróż przez Stany, rozwiązując zagadkę morderstw, które co roku są w zimie popełniane w małym amerykańskim miasteczku. Ale za nimi podąża ktoś, z kim Cień musi zawrzeć pokój...

Powyższy opis tylko w niewielkim stopniu oddaje prawdziwy charakter książki. Jest to utwór złożony i wielowątkowy. Prezentuje intrygującą wizję dotyczącą tego, co się dzieje z zapomnianymi przez ludzi bogami. Nie można jej odmówić osobliwości a także rzadko spotykanej ostatnio oryginalności. Jest to powieść niepokojąca, jedna z tych, którym nie możemy udowodnić, że są nieprawdziwe. Nieprawdopodobne - owszem, ale nie niemożliwe. Spodobała mi się niepewność towarzysząca każdej kolejnej stronie, dzięki której nie miałam ochoty odrywać się od lektury.

Mimo wielu ciekawych rozwiązań, nie mogę ocenić „Amerykańskich bogów” dobrze. Głównie ze względu na wspomnianą wizję bogów. Jestem przyzwyczajona do tradycyjnego, spotykanego w wielu książkach obrazu i bardzo go sobie cenię. Bez wątpienia świeże i innowacyjne spojrzenie autora mi nie odpowiada. Odziera bogów z tajemniczości, za bardzo przybliża ich do człowieka. Moim zdaniem, powieść Gaimana jest też zbyt długa, bez żadnej szkody można by ją skrócić. Jak na 600 stron występuje zbyt mało akcji. Do dalszego czytanie zachęcały mnie tylko spotykane na każdej stronie niezwykłości.

Obiektywnie nie jest to książka zła, a wręcz bardzo dobra, dlatego ją polecam. Mi jednak nie przypadła do gustu.
___________
Jutro wyjeżdżam nad morze, wracam 17 lipca. Nie będę mogła w tym czasie odwiedzać Waszych blogów, ale jak tylko wrócę, na pewno wszystko nadrobię.

niedziela, 7 listopada 2010

„Miecz dla króla” T. H. White

   
Wydawca: Solaris
Liczba stron: 370
Ocena: 2/6


Nie byle jaki pierwszy z brzegu kraj,
Gdzie las, powietrze i woda,
Ale Wyspę Gramarii odwiedzimy dziś –
Czeka nas tam Przygoda.

Sięgając po klasyczny już dziś przykład retellingu legend arturiańskich, pierwszy tom cyklu pt. Był sobie raz na zawsze król autorstwa Terence'a H. White'a wydanego po raz pierwszy w latach 1938-1977, miałam nadzieję przenieść się na nowo do świata, którym fascynowałam się w dzieciństwie. Nie do końca mi się to udało, ponieważ niniejsza książka jest raczej infantylną i nieco dziwną baśnią, w której sam środek raczej nie chciałabym trafić.

Średniowieczna Anglia. Na skraju Puszczy Dzikiej zamieszkiwanej przez fantastyczne stworzenia, w zamku Sir Ectora wychowują się dwaj młodzi chłopcy: Kay - przyszły pan na włościach i Art, zwany Wartem, którego pochodzenie nie jest do końca jasne. Obaj spędzają czas na typowych dla tej epoki zajęciach: walce na kopie, łucznictwie, szermierce i polowaniach. Ich edukacją zajmuje się także żyjący pod prąd czasu czarodziej Merlin, którego lekcje nie przypominają niczego, co dotąd mieliśmy okazję poznać. Za pomocą magii potrafi on bowiem zmienić postać człowieka w dowolne zwierzę, ale na taką przemianę pozwala tylko Wartowi, którego wyraźnie faworyzuje. Dzięki nim chłopiec poznaje różnorodne struktury społeczne i uczy się umiejętności charakteryzujących dane stworzenia, co może przynieść mu w przyszłości duże korzyści.

Już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów zorientowałam się, że dialogi to jeden z najsłabszych aspektów tej powieści. Wyjątkowo dziecinne, często jedno-dwu wyrazowe wypowiedzi w ustach osób dorosłych, nie wyłączając Merlina, po którym spodziewałam się nieco bardziej rozwiniętych i dających do myślenia stwierdzeń, nie wniosły nic ciekawego do fabuły. Również ona nie zachwyca. Jest bardzo nierówna - raz jakieś wydarzenie ciągnie się nienaturalnie długo przez kilka rozdziałów, by następne zmieściło się kilkunastu linijkach. Są to w dodatku sytuacje bardzo luźno, żeby nie powiedzieć wcale, ze sobą związane. Brakuje chociażby jednej, konkretnej linii fabularnej, która sprawiłaby, że czytelnik z niecierpliwością przewracałby kolejne kartki powieści, by poznać dalsze losy bohaterów. Na nieco naciągany plus zasługują za to fragmenty, w których Wart poznaje życie zwierząt, zmieniając się w jednego z nich. Naciągany, ponieważ sporo w nich jak dla mnie zupełnie niepotrzebnego zanudzania, czym moim zdaniem niewątpliwie są opisy sposobów latania ptaków.

Fantasy jest gatunkiem literackim, który rządzi się własnymi prawami,ale wszelkie udziwnienia stosowane przez autorów rzadko kiedy wychodzą tym powieściom na dobre. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Pomysł, że Merlin doskonale pamięta czasy obecne, ponieważ jego życie płynie pod prąd czasu, jest całkiem interesujący, ale niestety kiepsko sprawdza się w epoce, w której rozgrywa się akcja książki. Współczesne słownictwo sprawiło, że nijak nie mogłam poczuć atmosfery średniowiecznej Anglii, którą bardzo lubię.

Miecz dla króla nie jest jednak tak niewartą uwagi powieścią, jak to wynika z treści powyższych akapitów. Mnie osobiście bardzo przypadły do gustu plastyczne i po prostu urzekające opisy przyrody, a także ładne wydanie, które pięknie prezentuje się na półce. Zdaję sobie sprawę, że to niewiele, ale postanowiłam dać drugą szansę tej sadze, ponieważ kolejne tomy są podobno znacznie lepsze.