Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 5/6. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 grudnia 2013

"Vita nostra" Marina i Siergiej Diaczenko





Wydawca: Solaris; 2008
Seria/cykl: -
Liczba stron: 496
Rok wydania oryginału: 2007
Ocena: 5/6






W szerokim gronie osób zajmujących się pisaniem powieści fantastycznych zdecydowanie przeważają te, które tworzą w języku angielskim. Nie brakuje jednak utalentowanych pisarzy innych narodowości. Jednym z nich jest ukraiński duet Diaczenków - laureatów wielu nagród literackich. Vita nostra to ich pierwsza i z pewnością nie ostatnia przeczytania przeze mnie książka.

środa, 18 kwietnia 2012

„Wieczna księżniczka” Philippa Gregory





Wydawca: Książnica
Rok wydania: 2010
Cykl: Powieści Tudorowskie
Liczba stron: 552
Tytuł oryginału: The Constant Princess
Rok wyd. oryginału: 2005
Ocena: 5/6


 
 
 
 
 
Owocem fascynacji Philippy Gregory XVI-wieczną Anglią stała się seria książek poświęcona dynastii Tudorów. Z niebywałą dbałością o szczegóły przedstawia ona dworskie życie, intrygi i tajemnice z punktu widzenia zarówno najbardziej istotnych, jak i niezwykle intrygujących postaci kobiecych. „Wieczna księżniczka” to historia Katarzyny Aragońskiej, pierwszej żony Henryka VIII.

piątek, 6 kwietnia 2012

„Zawód: wiedźma” Olga Gromyko


Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2007
Cykl: Obca Krew: Wolha Redna
Liczba stron: 296+320
Tytuł oryginału: Профессия: ведьма
Rok wyd. oryginału: 2003
Ocena: 5/6

Czy znajdzie się coś lepszego na poprawę humoru dla mola książkowego niż lekka, przyjemna i pełna wszędobylskiego humoru powieść? Olga Gromyko udowadnia, że nie! Już okładka pierwszej części sugeruje, że nie będzie to lektura poważna; wrażenia dopełnia fantastyczne CV głównej bohaterki:

niedziela, 19 lutego 2012

„Klan Niedźwiedzia Jaskiniowego” Jean M. Auel





Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2009
Cykl: Dzieci Ziemi
Liczba stron: 632
Tytuł oryginału: The Clan of the Cave Bear
Rok wyd. oryginału: 1980
Ocena: 5/6







Świat u zarania dziejów ludzkości był miejscem niegościnnym, na każdym kroku czyhały niebezpieczeństwa ze strony dzikich zwierząt, czy też bezlitosnej Matki Natury. Mimo to, człowiek żyjący w paleolicie nie różnił się tak bardzo od współczesnego. Jak przetrwał? Co łączyło go z żyjącymi w tym samym czasie neandertalczykami? Odpowiedzi na te pytania i wiele innych można znaleźć w powieści Auel.

środa, 1 lutego 2012

„Godzina czarownic tom 1 i 2” Anne Rice


Wydawca: Rebis
Rok wydania: 2009
Typ: fantasy
Cykl: Opowieści o czarownicach z rodu Mayfair
Liczba stron: 756 + 632
Tytuł oryginału: The Witching Hour
Rok wyd. oryginału: 1990
Ocena: 5/6

Anne Rice, niekwestionowania królowa wampirów ponownie zabiera czytelników w długą podróż do gorącego, przepełnionego magią i budzącymi grozę tajemnicami, Nowego Orleanu. Tym razem w towarzystwie czarownic; i to nie byle jakich. Ich losy sięgają aż do XVII-wiecznego europejskiego miasteczka i kobiety skazanej na śmierć w płomieniach za czary.

Czasy współczesne. Rowan Mayfair, niezwykle utalentowana neurochirurg, dysponuje dziwną mocą, której nie potrafi nazwać ani tym bardziej kontrolować. Gdy podczas rejsu jachtem ratuje życie Michael'owi Curry, jej życie zmienia się nie do poznania. Rowan dostaje szansę poznania swojej nigdy niewidzianej rodziny i zrozumienia, kim tak naprawdę jest.

Anne Rice po raz kolejny prezentuje mistrzostwo w tworzeniu cudownych, zapadających w pamięć obrazów. Pisze pięknym, wyjątkowo plastycznym językiem, opisując wszystkie detale swojej wizji. Garden District, bardzo bogata, francuska dzielnica Nowego Orleanu i rodowa rezydencja Mayfair'ów z nieco zaniedbanym, ale przez to jeszcze bardziej interesującym ogrodem robią niesamowite wrażenie. Gęsta, duszna atmosfera tych miejsc staje się dzięki autorce czymś, co nagle pragnie się poczuć na własnej skórze.

W pewnym momencie Anne Rice cofa się do zamierzchłej przeszłości i opisuje życie każdej kolejnej czarownicy z rodu Mayfair. Zaczyna od Suzanne i Debory, niewinnych ofiar inkwizycji, a kończy na obecnej spadkobierczyni przekazywanego z pokolenia na pokolenie jednej kobiecie Dziedzictwa*, Rowan. Razem z bohaterami przemierzamy wieki i miejsca: XVII-wieczną Francję i Szkocję, następnie San Domingo - wielkie plantacje, by ostatecznie trafić do Luizjany. Opowiadana historia najczęściej przybiera formę listów i dzienników pisanych przez członków Talamaski**. Jest bardzo szczegółowa, ale mimo to nie nuży.

„Godzinę czarownic” czyta się bardzo szybko, dlatego nikogo nie powinna przerażać jej ogromna objętość. Anne Rice wykreowała wiarygodnych, wzbudzających wiele emocji bohaterów. Dialogi pomiędzy nimi wypadają bardzo naturalnie, gdyż żaden nie sili się na tak częste w literaturze przydługie przemówienia. Niektórzy z nich są także obecni w kilku tomach „Kronik wampirów”.

Niedająca o sobie zapomnieć magia i tajemniczość Nowego Orleanu, dreszczyk emocji i ciekawie opowiedziana historia rodu czarownic to rzeczy, na które może liczyć czytelnik, sięgając po tą powieść. Polecam!

* w jego skład wchodził niewyobrażalnie wielki majątek, szmaragdowy naszyjnik i niezwykła moc
** tajna organizacja badająca zjawiska nadprzyrodzone

wtorek, 10 stycznia 2012

„Czerń” Maja Lidia Kossakowska





Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2009
Cykl: Upiór Południa
Liczba stron: 240
Tytuł oryginału: -
Rok wyd. oryginału: -
Ocena: 5/6







Afryka jest nazywana kolebką ludzkości, na jej terenach odkryto najstarsze ludzkie szczątki, tam również powstała jedna z pierwszych wielkich cywilizacji. W dzisiejszych czasach kontynent ten nieustannie nękają konflikty zbrojne, głód i choroby. Maja Lidia Kossakowska, polska pisarka fantasy, autorka m.in. „Siewcy wiatru” dorzuciła do tego magię, afrykańskich bogów i duchy, tworząc unikatowe, niewątpliwie warte uwagi dzieło. 

Na pustej, pokrytej pyłem drodze dochodzi do tragicznego wypadku. Jacek Wilczyński, reporter z Europy, jako jedyny uchodzi z niego z życiem. Wraca do domu, gdzie poddaje się leczeniu psychiatrycznemu. Pozornie zdrowy, żeni się z wesołą, uroczą dziewczyną. W trakcje uroczystości zaślubin niespodziewanie zjawia się jego dawny przyjaciel - zmarły kilka lat wcześniej. Prawdziwy upiór, czy tylko wytwór chorej wyobraźni? Jacek leci do afrykańskiego miasta Lagos, by rozliczyć się z niedającą mu spokoju przeszłością.

Istotą książki Kossakowskiej jest orisza wojny - bóstwo, które do przeżycia potrzebuje rozlewu ludzkiej krwi. „Nie tylko ludzie głodują w Afryce. Oni potrzebują krwi. Ludzkiej krwi. Nic ich tak nie odżywia, nie odmładza. [...] To główny powód, dla którego Afryka płonie.” - wyjaśnia babalawo*. Autorka przywołuje obrazy żywcem wzięte z koszmarnego snu. Masakry niewinnej ludności ze świata rzeczywistego przeplatają się z nadprzyrodzonymi wizjami ogarniętego żądzą mordu boga. Sugestywny język, zmienne tempo akcji sprawiają, że jest to lektura niezwykle intensywna, pełna wrażeń i emocji. Trudno się od niej oderwać. Uwagę przykuwa także bardzo ładna okładka, stylizowana na zniszczoną. Zbyt dosłowne i zupełnie niepotrzebne są za to ilustracje wewnątrz książki.

Fenomenalny klimat, nieskomplikowana fabuła i skondensowana forma to największe atuty tej powieści. Początkowo nie planowałam zakupu kolejnych tomów ze względu na dość wygórowaną cenę, ale obawiam się, że nie uda mi się powstrzymać przed ich przeczytaniem. Polecam!

* kapłan systemu Ifá, wyroczni afrykańskiej

środa, 23 listopada 2011

„Wyprawa czarownic” Terry Pratchett

 



Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2001
Cykl: Świat Dysku
Liczba stron: 264
Tytuł oryginału: Witches Abroad
Rok wyd. oryginału: 1991
Ocena: 5,5/6






„Wyprawa czarownic” jest dwunastą powieścią kultowego cyklu - Świat Dysku. Tym razem Terry Pratchett bierze na warsztat osobliwą mieszankę złożoną z luster, baśni i podróży. Jest to najlepszy, spośród znanych mi trzech, utwór mistrza powieści humorystycznej.

Lustro może wessać skrawek duszy. Lustro może pomieścić odbicie całego wszechświata, niebo pełne gwiazd w kawałku posrebrzanego szkła, nie grubszego niż tchnienie. Kto rozumie lustra, ten rozumie prawie wszystko. Spójrzmy w lustro... głębiej... na pomarańczowe światełko na nagim górskim wierzchołku, tysiące mil od roślinnego ciepła bagien...

Po śmierci Dezyderaty, rolę matki chrzestnej niepozornej dziewczynki Elli przejmuje Margrat. Jej misją jest zapobiegnięcie ślubowi z księciem odległej krainy. Młodej i niedoświadczonej, ale pełnej zapału czarownicy postanawiają pomóc koleżanki po fachu: Babcia Weatherwax i Niania Ogg. Razem udają się do Genoi, rządzonej przez miłośniczkę szczęśliwych zakończeń, Lilith. Podróż bogata jest w spotkania z bohaterami znanych baśni i poznawanie zwyczajów zagranicznych krajów. 

Jako pierwsza, uwagę przykuwa barwna okładka. Drobiazgowość i lekkie szaleństwo idealnie komponują się z treścią książki. „Wyprawa czarownic” zawiera liczne aluzje do baśni, m.in. o Czerwonym Kapturku, Śpiącej Królewnie czy też Kopciuszku. Pozbawione są magicznej otoczki, niemniej jednak już samo ich zauważanie to duża satysfakcja. Do tego mamy Casanovę, vodou i pogromcę wampirów, kota Greeba.

Dla reszty świata był wielkim kocurem, wypchanym niewiarygodnie niezniszczalną siłą życiową opakowaną w skórę. Obcy często się nad nim litowali, bo praktycznie nie miał uszu, a jego morda wyglądała, jakby usiadł na niej niedźwiedź. Nie mogli wiedzieć, że przyczyną tego jest kocia duma Greeba, która kazała mu próbować walczyć albo gwałcić absolutnie wszystko, aż do czworokonnego wozu z drewnem włącznie. Kiedy Greebo maszerował ulicą, groźne psy skamlały i chowały się pod schodami. Lisy trzymały się z daleka od wioski. Wilki starały się ją omijać. - To taki wielki pieszczoch - rzekła niania.

„Wyprawa czarownic” jest powieścią wielowymiarową. Pratchett zgrabnie przeplata w niej zabawne sytuacje z fragmentami refleksyjnymi i tylko od nas zależy, czy będziemy chcieli poświęcić im dłuższą chwilę.

Ogromną sympatię wzbudzają główne bohaterki: zwolenniczka głowologii, wyznająca surowe zasady, których jednak osobiście się nie trzyma - Esme Weatherwax, znawczyni obcych języków i ludowych przyśpiewek, miłośniczka jedzenia, które powinno uciekać na czterech nogach albo na parze nóg i parze skrzydeł. A przynajmniej mieć płetwy. Pomysł jedzenia mającego więcej niż cztery nogi to całkiem inna para... tzn. kilka par kaloszy - Gytha Ogg i zmokła kura, Margrat Garlick. Dialogi pomiędzy nimi to kolejna charakterystyczna cecha książki. Lekko ironiczne i proste w swojej konstrukcji na długo zapadają w pamięć. 

„Wyprawa czarownic” będzie idealnym wyborem, jeśli szukamy kilku godzin relaksu, a także humoru na najwyższym poziomie. Polecam!

sobota, 12 listopada 2011

„Finch” Jeff VanderMeer





Wydawca: Mag
Rok wydania: 2011
Cykl: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 354
Tytuł oryginału: Finch
Rok wyd. oryginału: 2009
Ocena: 5/6






Nietrudno zauważyć, że powieści Jeffa VanderMeera już na stałe zagościły w zdobywającej coraz większą popularność serii Uczta Wyobraźni. „Finch” to już trzeci utwór w ogóle i drugi po „Shriek: Posłowie” z cyklu o Ambergris. W 2008 roku Solaris wydał „Miasto szaleńców i świętych”, będące pierwszym spotkaniem z tym niezmiernie fascynującym, zmieniającym swoje oblicze miastem. 

Detektyw John Finch prowadzi śledztwo w sprawie podwójnego morderstwa, którego ofiarami są człowiek i przedstawiciel gatunku fanaarcensitii, potocznie zwanym szarymi kapeluszami. W tle - opanowane przez pierwotnych mieszkańców, ogarnięte anarchią ruiny niegdyś wspaniałego miasta artystów, kojarzonego m.in. z Karnawałem Słodkowodnych Kałamarnic, czy też odwieczną rywalizacją pomiędzy domami wydawniczymi Hoegbottona a Frankwrithe'a i Lewdena. 

W każdej powieści VanderMeer prezentuje inną odsłoną Ambergris i używa do tego przeróżnych form: klasycznego opowiadania, eseju historycznego, naukowego artykułu, notatek, posłowia a nawet encyklopedii. „Finch” to zdumiewająca mieszanka kryminału i new weird. Utwór z pogranicza snu i jawy, wzbudzający zarówno fascynację jak i obrzydzenie. Zdradza tajemnice szarych kapeluszy - jak pojawiły się na terenach obecnego Ambergris i na czym im tak naprawdę zależy. Ich mentalność, anatomia i kultura w dużej mierze wciąż pozostają niewiadomą. Całość jest tak dobrze dopracowana i w swojej nienormalności zaskakująco logiczna, że nie można pozbyć się wrażenia, iż Ambergris to nie wytwór szalonej wyobraźni a prawdziwe, żywe miasto istniejące w innej rzeczywistości. 

Akcja utworu jest nierówna, najpierw snuje się leniwie, wzmagając ciekawość czytelnika, by nagle wykonać zwrot i już do samego końca nie zatrzymywać się nawet na moment, niczym w dobrej powieści sensacyjnej. Uwagę przyciągają bohaterowie - posiadają nietuzinkową osobowość, są odrobinę ekscentryczni i nie wiadomo kiedy pokażą swoją drugą twarz. „Finch” wymaga czasu, skupienia i bogatej wyobraźni. Bez wątpienia przydatna okaże się  też znajomość wcześniejszych tekstów o Ambergris.

Pewna jestem jednego: już nigdy nie spojrzę na grzyby jak na zupełnie niegroźny element przyrody.

Polecam!

sobota, 1 października 2011

„Grzesznik” Tess Gerritsen

 


 Wydawca: Albatros
Rok wyd.: 2011; wyd VI
Cykl: Rizzoli&Isles
Liczba stron: 400
Tytuł oryginału: The sinner
Rok wyd. oryginału: 2003
Ocena: 5/6








Rok temu przeczytałam dwie powieści Gerritsen i wpadłam w taki zachwyt, że do tej pory nie sięgnęłam po żaden thriller medyczny innego autora, trwając w przekonaniu, że i tak z pewnością im nie dorówna. Dowiem się, czy miałam racje, dopiero po przeczytaniu wszystkich książek tej autorki.

W klasztorze Graystone ofiarą wyjątkowo brutalnej napaści padają dwie zakonnice - jedna ginie, druga w stanie śpiączki trafia do szpitala. Autopsja wykazuje, że zamordowana zakonnica była w ciąży. W opuszczonym budynku dawnej restauracji policja znajduje straszliwie okaleczone zwłoki kobiety. W indyjskiej wiosce dochodzi do masakry - zostają zamordowani wszyscy mieszkańcy. Co łączy te zbrodnie, popełnione w odległych od siebie miejscach? Próbują to ustalić detektyw Jane Rizzoli i Maura Isles.

„Grzesznik” wciąga w swój świat równie mocno, jak wszystkie inne thrillery medyczne Tess Gerritsen. Czyta się go niemal z prędkością światła, dlatego jest idealną lekturą podczas podróży autobusem lub gdy nie możemy poświęcić książce więcej niż kilku chwil w ciągu dnia. Po raz kolejny spotykamy się z duetem wyjątkowych kobiet, które starają się rozwikłać nietuzinkową zagadkę. Istotną część powieści zajmują opisy ich codziennego, interesującego życia, psychika i przemyślenia. Autorka „Grzesznika” to mistrzyni zgrabnie prowadzonej intrygi i zaskakującego zakończenia. Tym razem domyśliłam się go już za połową książki, niemniej jednak szczegóły pozostały mi nie znane do ostatnich stron. Nie zabrakło także jakiegoś ważnego przesłania, Gerritsen poruszyła problem łapówek i tuszowania katastrofalnych w skutkach błędów wielkich korporacji. Duże wrażenie zrobił na mnie opis sekcji zwłok - nieco odrażający, ale i niezmiernie fascynujący.

Thrillery Tess Gerritsen to przykład bardzo dobrej, nie pozbawionej sensu literatury rozrywkowej. Polecam wszystkim zainteresowanym niekonwencjonalnymi zagadkami i medycyną.

sobota, 23 lipca 2011

„Pieśń dla Arbonne” Guy Gavriel Kay

 


 Wydawca: Mag
Rok wydania: 2008
Cykl: - 
Liczba stron: 496
Tytuł oryginału: A song for Arbonne
Rok wyd. oryginału: 1992
Ocena: 5/6







Moim trwającym już trzy lata wakacyjnym zwyczajem jest przeczytanie jednej książki Cejrowskiego i Kay'a właśnie. Obaj ci autorzy piszą znakomite książki, którymi mogę delektować się w letnie dni. „Tigana” i „Lwy Al-Rassanu” są, co prawda odrobinę lepsze od „Pieśni dla Arbonne”, ale i tak wspaniale się ją czyta.

Wiele lat temu dwaj najpotężniejsi książęta, panujący na ziemiach stanowiących część matriarchalnej, cywilizowanej krainy Arbonne, popadli w konflikt. Szlachetny trubadur Bertran de Talair i Urte de Miraval żywią wobec siebie nienawiść, której źródłem stała się dawno temu kobieta. Na północy leży patriarchalne i wojownicze Gorhaut, mieszkańcy którego wyznają wiarę w boga Corannosa, a włada nimi zepsuty do szpiku kości król Ademar, marzący o podbojach. Wkrótce, wzajemne uprzedzenia, nienawiść i intrygi, doprowadzą do krwawego starcia pomiędzy dwiema kulturami.

„Pieśń dla Arbonne” jest pasjonującą, opartą na kulturze trubadurów powieścią, której czytanie sprawia prawdziwą przyjemność. Zawiera wszystkie charakterystyczne dla prozy Kaya elementy począwszy od nieprzewidywalnej, panoramicznej fabuły dotyczącej krwawego zderzenia dwóch odrębnych kultur, a skończywszy na wspaniale wykreowanych bohaterach. To właśnie w tych powieściach spotkałam się z najbardziej fascynującymi postaciami kobiecymi, jakie poznałam dzięki książkom. Choć historiami wymyślonymi przez Kaya rządzą te same reguły, to każda fascynuje równie mocno. W „Pieśni dla Arbonne” duże wrażenie robią miejsca akcji; bezwzględne dla kobiet, surowo przestrzegające praw Gorhaut, mistyczna wyspa bogini Rian, a także czarująca kraina Arbonne z Dworem Miłości, trubadurami i tworzonymi przez nich cudownymi pieśniami.

Bez wątpienia mogę zaliczyć „Pieśń dla Arbonne” do gatunku fantasy umiejscowionego w realiach średniowiecznych, choć na próżno szukać tu typowych elementów fantastycznych. Z tego względu powinna spodobać się wszystkim miłośnikom literatury. To po prostu bardzo dobra powieść. Polecam!

wtorek, 19 lipca 2011

„Biała królowa” Philippa Gregory

 



Wydawca: Książnica
Rok wydania: 2010 
Cykl: Wojna kuzynów
Liczba stron: 480
Tytuł oryginału: The White Queen
Rok wyd. oryginału: 2009
Ocena: 5/6







Od zawsze interesowały mnie filmy kostiumowe, które nierzadko oglądałam z niemym zachwytem. Głównie za ich sprawą często myślę o minionych wiekach i zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym urodziła się kilkaset lat wcześniej. Z książkami historycznymi nie miałam do czynienia, aż do momentu, gdy trafiłam na nazwisko Philippy Gregory i kupiłam pierwszą powieść z cyklu „Wojna kuzynów” znaną też jako Wojna Dwu Róż. Był to znakomity wybór.

Król Edward IV York zakochuje się pięknej wdowie, Elżbiecie Woodville i przed upływem miesiąca bierze ją w sekrecie za żonę. Gdy ich małżeństwo wychodzi na jaw, dostają się w sam środek walk o wpływy na królewskim dworze, gdzie muszą stawić czoło matce Edwarda. Oburzony samowolą króla hrabia Warwick, doradca Yorków, obraca się przeciwko niemu, przechodząc na stronę wrogiego obozu Lancasterów. 

Dwór angielski stanowi doskonałe tło do napisania przejmującej powieści pełnej dworskich intryg, spisków, zaskakujących zgonów i nagłych egzekucji. „Biała królowa” prezentuje niezwykle sugestywny obraz kobiety o silnym charakterze. Philippa Gregory nie zapomina też o bohaterach z drugiego planu, choć nie mniej ważnych dla przebiegu fabuły. Jej kunszt pisarski sprawia, że przestają być oni tylko postaciami z podręcznika od historii, a stają się prawdziwymi, żywymi ludźmi. Autorka posiada lekkie pióro, a w każdym zdaniu przejawia się nie tyle, co jej ogromna wiedza historyczna, którą bez wątpienia ma, a faktyczne zainteresowanie tym tematem. Czaru powieści dodaje legenda o wodnej bogince Meluzynie, pramatce tytułowej bohaterki.

Chyba, a nawet na pewno znalazłam kolejne książkowe zainteresowanie obok fantastyki i thrillera medycznego: powieść historyczną. „Biała królowa” jest jej wspaniałym przykładem. Malowniczo ukazuje dworskie życie, wewnętrzne rozterki bohaterów i wciąga dzięki barwnej, nieco tajemniczej fabule.

sobota, 2 lipca 2011

„Podmorska wyspa” Isabel Allende

Wydawca: Muza
Liczba stron: 530
Ocena: 5/6


Żyjemy w świecie, w którym każdy chce podejmować własne decyzje i robić to, na co przyjdzie mu akurat ochota. Możecie sobie zatem wyobrazić, że jesteście zależni od woli swojego pana, który uważa Was za istoty gorsze od siebie, urodzone tylko po to, by pracować? Niewolnictwo. O tym właśnie jest najnowsza powieść chilijskiej pisarki.

Saint-Domingue, koniec XVIII wieku. Zarité jako dziewięcioletnia niewolnica zostaje sprzedana Toulouse'owi Valmorainowi, pełnemu ideałów bogatemu właścicielowi plantacji trzciny cukrowej. Wraz z dorastającą dziewczyną dojrzewa na wyspie powstanie niewolników. Gdy pożoga buntu dociera do Saint-Lazare, ostrzeżona przez innego niewolnika Zarité ratuje pana i jego syna. Jednak wcześniej prosi o podpisanie pewnego dokumentu.

Tańcz, tańcz, Zarité, 
bo niewolnik, który tańczy, 
jest wolny... dopóki tańczy.

Każda książka, która nie należy do działu fantastyki, a ma mnie zachwycić, musi prezentować niebanalną, najlepiej zaczerpniętą ze światowej historii rzeczywistość. Na przykład taką, jak w powieści Allende. Fabuła skupia się w niej na codziennym życiu bohaterów, którzy są jednak świadkami ważnych wydarzeń. I tak mamy niepowtarzalną okazję ujrzeć dokonujące się powoli zmiany prowadzące do zniesienia niewolnictwa. Zmiany okupione życiem tysięcy ludzi. Autorka przedstawia różnorodne postawy ludzi względem wspomnianego systemu, dzięki którym obraz społeczeństwa zyskuje na wiarygodności. Historyczne fakty są jednak zaledwie tłem. 

Kwintesencją  „Podmorskiej wyspy” jest natomiast fascynująca atmosfera. Przytłaczający, tropikalny klimat wyspy. Nieludzki upał na plantacjach. Praca od świtu do zmierzchu przy ścinaniu trzciny cukrowej. Strach, ale jednocześnie pragnienie wolności. Pogańscy bogowie. Rytuały vodou. Tańce w rytm bębnów podczas calendy. Potem następuje wyjazd do Nowego Orleanu, który pokochałam dzięki „Kronikom wampirów” Anne Rice. Perfekcyjnie oddany kontrast pomiędzy życiem starych, szanowanych rodów a biegającymi boso niewolnikami. Mroczne bagna. Wszystko to tworzy niezwykle barwną mozaikę końca XVIII i początku XIX wieku.

Fani twórczości Allende z pewnością znają już tą książkę, a pozostałym czytelników serdecznie ją polecam. Naprawdę warto. Ja zwróciłam na nią uwagę dzięki ładnej okładce i nie żałuję.

sobota, 21 maja 2011

„Droga” Cormac McCarthy

Wydawca: WL
Liczba stron: 268
Ocena: 5/6


Cormac McCarthy to znany, amerykański powieściopisarz, laureat kilku nagród, w tym Pulitzera właśnie za książkę „Droga”. Pomimo ekranizacji i dużej popularności obu tych dzieł, przez długi czas nie była mi znana. Kojarzyłam za to inne powieści McCarthy'ego, choć żadnej nie przeczytałam. Jestem pewna, że wkrótce się to zmieni, gdyż „Droga” w osobliwy sposób zaprzątnęła moje myśli. 

Świat po straszliwej katastrofie. Większość żywych stworzeń zniknęła z powierzchni ziemi. Morza i oceany utraciły swój błękit. Wszechobecne zimno i ciemność. Bandy kanibali przemierzają zgliszcza miast. Wydaje się, że to jedyna droga do przetrwania. Bezimienni mężczyzna i chłopiec, mimo beznadziejnej sytuacji, pozostają wierni ostatniej zasadzie czyniącej ich ludźmi i podejmują wędrówkę w nieznane.

„Droga” to powieść, która wzbudza wiele emocji. Początkowe niedowierzanie, szok i przerażenie zmieniają się w uczucie beznadziejności i przygnębienia. Czytelnik ma nadzieję, że los bohaterów się odmieni, oczekuje na szczęśliwy koniec wędrówki, ale podświadomie przeczuwa, że to niemożliwe. Czytałam w słoneczny dzień i z każdą kolejną stroną miałam coraz większą rzucić książkę w kąt, zapomnieć. Ale to nie takie łatwe. „Droga” zmusza do refleksji nad człowieczeństwem i końcem świata, który przecież  z pewnością kiedyś nastąpi. Sprawia także, że zaczynamy doceniać to, w jak dobrych warunkach żyjemy.

„Droga” została napisana w nieco odbiegający od standardów sposób. Nie ma rozdziałów, akapity są bardzo krótkie a dialogi nieakcentowane. Mężczyzna i chłopiec pozostają anonimowi. Rozmowy między nimi ściskają  za serce swoją prostotą i szczerością. Fabuła natomiast trochę rozczarowuje. Nie dowiadujemy się niczego o samej katastrofie, wędrówka jest dość monotonna, a ostatnie strony, choć wzruszające, pozostawiają niedosyt. Na długo w pamięć zapada za to oszczędny, ale plastyczny język. Zadziwiające, że można tak pięknie opisać chylący się ku upadkowi świat.

Polecam!

piątek, 8 kwietnia 2011

„Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe” Robert M. Wegner

Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 576
Ocena: 5/6


Przez długi czas byłam bardzo uprzedzona do książek polskich pisarzy. Do tego stopnia, że nie zawracałam sobie głowy chociażby przeczytaniem opisu z tylnej okładki. Kilka naprawdę dobrych powieści diametralnie to jednak zmieniło. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to właśnie jedna z nich.

Książka została podzielona na dwie części: tytułową Północ i Południe. Pierwsza z nich przedstawia losy porucznika Kennetha-lyw-Darawyta oraz jego żołnierzy z Szóstej Kompanii Górskiej Straży. Główną rolę odgrywają tutaj opisy bitew, zasadzki i polityczne intrygi. Jak na ironię, opowiadanie, po którym z racji zdobycia nagrody Zajdla oczekiwałam najwięcej, okazało się w otoczeniu innych tylko dobre. Druga część,  która nawiasem mówiąc bardziej trafiła w mój gust, to historia młodego wojownika o imieniu Yatech, należącego do plemienia Issaram, którego najważniejszym zwyczajem jest  całkowite zakrywanie twarzy przed wszystkimi obcymi. Jeśli ktoś mimo to ją zobaczy, do świtu musi zginąć. 

Wegnerowi tak niesamowicie wychodzi pisanie, że nie sposób oderwać się od lektury. Choć opisy miejsc są dość oszczędne, a natłok nazw własnych ogromny, to wszystkie zdarzenia odbijały się w mojej wyobraźni barwnymi obrazami. I to tak, że nadal doskonale je pamiętam. W pierwszej części akcja nie zwalnia ani na chwilę. Bitwy z udziałem tysięcy żołnierzy na ogół mnie nudzą, ale w tym przypadku dałam się porwać i sama nie wiem kiedy, znalazłam się na ostatniej stronie opowiadania. Druga część jest już tym, co najbardziej w fantasy lubię. Mamy tu nietuzinkowego bohatera pochodzącego z wymyślonej przez autora, niezwykle intrygującej kultury. Magia, wierzenia ludów są istotną częścią tego świata, ale nie odkrywają przed czytelnikiem wszystkich swoich tajemnic. Fabuła natomiast w momentach spokojnych jest równie pasjonująca, co w szybkich dzięki zastosowanym przez Wegnera efektownym eksperymentom z narracją. Nie brakuje także prawdziwych, głębokich emocji towarzyszącym lekturze tej zadziwiająco dobrej książki.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jeśli kolejne powieści Wegnera utrzymają poziom „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to będą śmiało mogły konkurować z najlepszą chyba polską sagą fantasy, „Wiedźminem” Andrzeja Sapkowskiego. Ja tymczasem zastanawiam się nad zakupem drugiej części: „Wschód-Zachód”.

Gorąco polecam!

czwartek, 3 lutego 2011

„Złamana przysięga” Michelle Paver

Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 328
Ocena: 5/6


Młodzieżową fantastyką już od dawna nie jestem zainteresowana, ale dokończenia rozpoczętych kilka lat temu serii nie mogłabym sobie odpuścić. „Złamana przysięga” to piąty, przedostatni tom umiejscowionej w czasach prehistorycznych, sagi fantasy angielskiej pisarki - Michelle Paver: „Kroniki Pradawnego Mroku”

Minęło już kilka miesięcy, odkąd prawie piętnastoletni już Torak został wykluczony z klanów. Może jednak przebywać z Krukami, którzy pilnie strzegą miejsca, gdzie ukryty jest ostatni kawałek opalu ognia. Strach pomyśleć, co się stanie, jeśli kamień wpadnie w ręce Thiazziego - bezwzględnego Pożeracza Dusz. Gdy z jego ręki ginie przyjaciel Toraka, chłopiec poprzysięga zemstę. Z dwoma ptaszyskami, Wilkiem i młodą szamanką Renn rusza śladem zabójcy do Głębokiego Lasu.

Niewątpliwą zaletą „Złamanej przysięgi” i poprzednich tomów również, jest znakomicie przedstawiona atmosfera świata, w którym żyli bohaterowie. Realistyczne, ale i pełne uroku opisy przyrody, która była traktowana przez prehistorycznych ludzi niczym wszechpotężne bóstwo; zapewniała bezpieczne schronienie, pożywienie i wszystko inne, co było im potrzebne do prowadzenia względnie wygodnego życia. Magiczne rytuały, wiara w demony i obecność duszy w każdej żywej istocie, nie wyłączając rośliny czy zwierzęcia, nadały ich życiu pewnej tajemniczości, która bardzo mnie zaintrygowała.

Autorka za pośrednictwem tych samych, bez trudu zdobywających sympatię bohaterów, zabiera czytelnika w nowe, omijane we wcześniejszych tomach miejsce. Głęboki Las fascynuje głównie za sprawą zamieszkujących go plemion, wyróżniających się wyjątkowo pokojowym nastawieniem do innych, nawet w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa. To także świetna okazja, by przybliżyć czytelnikowi ich obrzędy i codzienne zwyczaje. Paver nie wykazała się pod tym względem równie dobrze, jak wcześniej, ale i tak ilość oraz przede wszystkim jakość tych opisów jest zadowalająca.

Dość prosty, przejrzysty styl, adekwatny do wieku potencjalnego czytelnika i wciągająca fabuła sprawiły, że kolejne strony mijały mi w zastraszającym tempie. Zaskoczył mnie jednakże nieco dziwny zabieg zastosowany przez autorkę. W pewnym momencie akcja wyraźnie miała się ku końcowi, choć nie przekroczyłam nawet połowy książki. Na szczęście Paver udało się z tego zgrabnie wybrnąć i tak ułożyć dalszą fabułę, by prawdziwy punkt kulminacyjny nie był rozczarowujący.

„Kroniki Pradawnego Mroku” to moim zdaniem jedna z lepszych sag dla młodzieży. Żałuję tylko, że już wkrótce przeczytam ostatni tom.

Polecam!

niedziela, 26 grudnia 2010

„Radio Darwina” Greg Bear

Wydawca: Solaris, 2009
Liczba stron: 504
Ocena: 5/6


Jesteśmy przyzwyczajeni do świadomości, że znajdujemy się na najwyższym szczeblu ewolucyjnej drabiny. Z takiego myślenia wypływa jednak błędne założenie, że ewolucja się zatrzymała. Prawdą jest, że nie spoczęła na laurach po dobrze wykonanym zadaniu, ale stale postępuje i być może kiedyś ludzkość stanie przed kolejną, olbrzymią zmianą. Zdaniem autora „Radia Darwina” stanie się to już w ciągu najbliższych kilku lat. Pozostaje więc zadać tylko pytanie, jak na nią zareagujemy?

Paleontolog, Mitch Rafelson odkrywa w Alpach spoczywające w jaskini od dziesiątków tysięcy lat ciała rodziny neandertalczyków. W tym samym czasie biolog molekularna, Kaye Lang trafia na miejsce gruzińskiej masakry sprzed kilku lat w celu zbadania ciał ciężarnych kobiet pochowanych w zbiorowej mogile. Wraz z rozwojem akcji okazuje się, że oba te wydarzenia mają ze sobą coś wspólnego. Po kilku miesiącach wybucha ogólnoświatowa epidemia tzw. grypy Heroda powodującej poronienia u wszystkich zarażonych kobiet. Specjalnie powołany zespół kryzysowy koncentruje się na wyeliminowaniu zagrożenia.

Największą zaletą „Radia Darwina” jest niewątpliwie bardzo rzetelnie przedstawiony aspekt naukowy powieści. Wiedza współczesnych naukowców na temat wirusów endogennych ogranicza się do minimum, co pozwala autorowi na niemal dowolne spekulacje w tej dziedzinie. Bear podkreśla jednak, że starał się nie przekraczać granic prawdopodobieństwa. Powieść ta pokazuje jak cienka może być linia oddzielająca fikcję literacką od tekstu popularnonaukowego. Stosowanie koniecznej w tym przypadku fachowej terminologii oraz prawdziwych nazw ośrodków badawczych, a także rozmieszczenie wydarzeń na przestrzeni kilkunastu miesięcy nadaje tej powieści dodatkowej realności.

Narracja w „Radiu Darwina” jest prowadzona z punktu widzenia kilku osób. Postać Kaye Lang odsłania przed czytelnikiem sposób postrzegania świata przez naukowca, jego ogromny głód wiedzy i pragnienie osiągnięcia sukcesu. Mark Augustine kierujący Zespołem Specjalnym przybliża natomiast bardziej polityczną stronę nauki: chęć jak najszybszego wyeliminowania zagrożenia z niej wynikającego, bez chwili zastanowienia się, czy na pewno jest tym, na co wygląda. Do bohaterów prowadzących narrację należy także Mitch Rafelson, któremu własne przekonania zniszczyły obiecującą karierę oraz Christopher Dicken - poświęcony swojej pracy do tego stopnia, że zapomina o jakimkolwiek życiu poza nią. 

Jedyne, co mogę zarzucić tej książce to pojawiające się czasem irytujące błędy w korekcie oraz suchy, pozbawiony ozdobników styl, po którym można wywnioskować, że Bear zdecydowanie jest umysłem ścisłym a nie humanistą.  

„Radio Darwina” to znakomite połączenie thrillera z naukowymi spekulacjami urozmaicone o życie naukowców i reakcję ludzi na wielki skok ewolucyjny. Prawdziwe science fiction z naciskiem na pierwszą część nazwy. W 1999 zostało laureatem nagrody Nebula i moim zdaniem jest to w pełni zasłużone wyróżnienie. Polecam!

sobota, 20 listopada 2010

„Podziemia Veniss” Jeff VanderMeer

 
Wydawca: Mag; 2009
Seria: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 240
Ocena: 5/6


Gdy mam ochotę przeczytać jakąś ambitniejszą powieść, która z niemal stuprocentową pewnością mnie nie rozczaruje, to mój wzrok natychmiast pada na półkę z pięknie się prezentującą i do tego fenomenalną pod względem treści serię: Uczta Wyobraźni. Tym razem moje spojrzenie zatrzymało się na „Podziemiach Veniss” Jeffa VanderMeera, autora m.in. „Miasta Szaleńców i Świętych”.

Jestem pod ogromnym wrażeniem antyutopijnej wizji świata wymyślonego przez autora. Wizji pięknej i fascynującej, ale jednocześnie przywodzącej na myśl sceny z sennego koszmaru. VanderMeerowi udało się osiągnąć taką oniryczną atmosferę dzięki nieprzeciętnej umiejętności tworzenia zapadających głęboko w pamięć, surrealistycznych obrazów. Umiejscowienie akcji powieści w bliżej nieokreślonej przyszłości i równoczesny brak opisania mechanizmów funkcjonowania tego wysoko rozwiniętego technologicznie świata dodatkowo podkreślają ten wyjątkowy nastrój. Nieznajomość granic możliwości dopiero co poznanej cywilizacji wywołała we mnie dużą ciekawość i chęć poznania, jakim zaskoczeniem okażą się kolejne strony.

To właśnie wyżej wspomniana wizja odgrywa najistotniejszą rolę w tym utworze. Odniosłam wrażenie, że fabuła została skonstruowana po to, by towarzysząc bohaterom, autor mógł kawałek po kawałku odkrywać tajemnice wymyślonego przezeń miasta i jego wywołujących niepokój podziemi. Nie zdradza jednak wszystkich szczegółów, czym pozostawia pole do popisu dla wyobraźni czytelnika. Inspiracją do tych dość skromnych pod względem ilości wydarzeń był mit o Orfeuszu i Eurydyce. Nie jest to jednak wierne odwzorowanie tej opowieści, a raczej wykorzystanie kilku w miarę rozpoznawalnych scen. VanderMeer wzbogacił je umiejętnie wplecionymi w tekst przemyśleniami bohaterów, które w połączeniu z resztą elementów powieści, wywołały we mnie potrzebę głębokiej refleksji nad istotą człowieczeństwa i granicami rozwoju nauki. Do najbardziej sugestywnych fragmentów mogę zaliczyć część drugą, w której autor mistrzowsko zastosował narrację prowadzoną w drugiej osobie. Dzięki takiemu zabiegowi literackiemu miałam nieodparte wrażenie, że należę do świata wykreowanego przez VanderMeera, a wydarzenia przez niego opisane dotyczą właśnie mnie.

Oprócz tytułowej powieści, niniejsza książka zawiera także posłowie, w którym autor przedstawia przyczynę wyboru takiej a nie innej drogi życiowej przez kluczowego bohatera „Podziemii Veniss” , a także genezę powstania i pracy nad konstrukcją całego utworu. Zamieszczona jest w niej również krótka nowela, o której wyrobiłam sobie tak samo dobrą opinię. Jej fabuła jest umiejscowiona w nieokreślonej przyszłości świata opisanego w powieści i w przeciwieństwie do niej charakteryzuje się przewagą akcji, co nie oznacza jednak, że wizja cokolwiek na tym straciła. Polecam! 

niedziela, 14 listopada 2010

„Miasto Śniących Książek” Walter Moers

 
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Liczba stron: 464
Ocena: 5/6


Do sięgnięcia po tę książkę zachęcił mnie przede wszystkim intrygujący opis, będący obietnicą spędzenia kilku godzin nad lekką, zabawną i wciągającą lekturą, ale także piękne wydanie, obok którego nie byłam w stanie przejść obojętnie. „Miasto Śniących Książek” ogromnie mi się spodobało i tym samym trafiło na listę moich ulubionych powieści.

Gdy umiera ojciec chrzestny młodego poety Hildegunsta Rzeźbiarza Mitów, pozostawia swojemu podopiecznemu niewiele więcej prócz pewnego rękopisu. Jest on jednak tak doskonały, że Rzeźbiarz Mitów nie jest wstanie oprzeć się pragnieniu wyjaśnienia tajemnicy jego pochodzenia. Ślady prowadzą do Księgogrodu, Miasta Śniących Książek. Gdy bohater wkracza do tego miasta, wydaje mu się, jakby otworzył drzwi do gigantycznej księgarni. Czuje lekką nutę kwasu, przypominającą zapach drzewek cytrusowych, podniecający aromat starej skóry i ostre, inteligentne perfumy czernidła drukarskiego. Wpadłszy w szpony tego oszalałego na punkcie książek miasta, Rzeźbiarz Mitów wciągnięty zostaje coraz głębiej w świat jego labiryntów, w świat, w którym łowcy książek pożądliwie poszukują bibliofilskich skarbów, miejsce opanowane przez Straszliwe Buchlingi i rządzone przez tajemniczego Króla Cieni.

„Miasto Śniących Książek” jest dziełem napisanym z nieograniczonymi wręcz pokładami wyobraźni. Moers wykreował całkiem nową, niemalże bajkową krainę, w której o rasie ludzkiej nikt jak dotąd nie słyszał. Wypełnił ją całym mnóstwem barwnych i wyjątkowo sympatycznych stworzeń, które są na tyle niezwykłe, że zaryzykowałabym stwierdzenie, iż w żadnej innej, wydanej do dnia dzisiejszego książce nie przeczytacie o dziwniejszych istotach. Dużym zaskoczeniem było dla mnie także wprowadzenie narracji pierwszoosobowej z punktu widzenia „zaledwie” 77-letniego początkującego pisarza - dinozaura. Fakt ten bardzo pozytywnie wpłynął na fabułę i styl, będąc źródłem wielu zabawnych sytuacji/wypowiedzi bohatera. Uzasadnieniem dla fenomenalnej wyobraźni Moersa są także bez wątpienia odniesienia do współczesnych pisarzy zakamuflowane pod postacią anagramów. Samodzielne odgadywanie, kogo autor miał na myśli to świetna zabawa, ale gdyby ktoś miał z tym jakąkolwiek trudność, może zajrzeć na koniec książki, gdzie tłumaczka zamieściła wyjaśnienia.

„Miasto Śniących Książek” zrobiło na mnie tak duże wrażenie również dlatego, że stanowi pewien rodzaj hołdu złożonego literaturze. Cały świat przedstawiony w powieści jest nierozerwalnie związany z książkami. Wszyscy mieszkańcy miasta żyją z ich pisania, wydawania, sprzedawania lub też poszukiwania bibliofilskich białych kruków. Konkurują oni ze sobą, wymyślając coraz to nowsze i dziwniejsze możliwości ich udoskonalenia; tak powstały m.in. książki chodzące, latające, perfumowane a nawet niebezpieczne, których przeczytanie to nie lada wyzwanie. Fabuła niniejszej powieści również kręci się właśnie wokół nich, a konkretniej dotyczy poszukiwań autora najwspanialszego rękopisu, jaki kiedykolwiek powstał. Choć zdarzyło się kilka nudniejszych momentów, to całość bardzo mnie wciągnęła.

Ogromnie się cieszę, że natrafiłam na tę książkę, ponieważ już od dawna nie miałam w rękach powieści zarówno lekkiej jak i na tyle dobrej, że z chęcią sięgnęłabym po nią jeszcze raz. Już się nie mogę doczekać, aż zacznę czytać inne książki Moersa ze świata Camonii. Gorąco polecam!