Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 6/6. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2012

„Pieśń czasu. Podróże” Ian R. MacLeod





Wydawca: Mag
Rok wydania: 2011
Cykl: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 498
Tytuł oryginału: Journeys. Song of Time
Rok wyd. oryginału: 2010, 2008
Ocena: 6/6






Ian R. MacLeod to pisarz, o którym mam bardzo niejednoznaczną opinię. „Wieki światła” mnie oczarowały, ale już ich kontynuacja niemile rozczarowała. Obok opowiadania z antologii „Kroki w nieznane 2010” przeszłam natomiast obojętnie. Niesamowity dar tworzenia wiarygodnych, pełnych piękna światów oraz liryczny nastrój - tego z pewnością nie mogę mu odmówić. Najnowsze dzieło jest pod tym względem bardzo bliskie doskonałości.

sobota, 24 września 2011

„Gra o tron” George R. R. Martin

 


Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2003; wyd II 
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia
Liczba stron: 780
Tytuł oryginału: A Game of Thrones
Data wyd. oryginału: 1996
Ocena: 6/6








W ostatnich miesiącach za sprawą serialu nakręconego na podstawie pierwszego tomu cyklu głośno zrobiło się o „Pieśni Lodu i Ognia”. Byłam bardzo ciekawa, czy faktycznie jest o co robić tyle szumu, więc gdy tylko znalazłam odpowiednią ilość czasu na to dość opasłe tomiszcze zabrałam się za nie i bez reszty dałam wciągnąć w zaskakująco realistyczną, niezmiernie fascynującą opowieść.

W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy i starzy bogowie. Zbuntowani władcy na szczęście pokonali szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain. Niestety, obalony władca zostawił potomstwo. Opuszczony tron objął Robert - najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.

Czytam książki z gatunku fantasy od dawna, ale rzadko mam okazję trafić na dzieło tak wybitnie, jak „Gra o tron”. Świat wykreowany przez Martina cechuje średniowieczna atmosfera urozmaicona niewielką ilością nadnaturalnych stworzeń. Fabuła sprawia wrażenie niesamowicie rzeczywistej; w dużej mierze jest to zasługa faktu, iż autor nie oszczędza swoich bohaterów, nawet ważna postać może w każdej chwili stracić życie lub zdrowie. Jest ich jednak na tyle dużo, że któraś na pewno przypadnie do gustu czytelnikowi. Ja polubiłam obdarzonego ironicznym poczuciem humoru karła Tyriona, smoczą księżniczkę Deanerys i niesforną, ciekawą świata Aryę. Martin posługuje się prostym, mało kwiecistym językiem, który doskonale pasuje do zimnych, pozbawionych litości ludów Zachodnich Krain. Nawet przez chwilę nie pozwala nudzić się czytelnikowi. Każde wydarzenie przykuwa uwagę i sprawia, że z niecierpliwością czekamy na kolejne fragmenty napisane z perspektywy danej postaci. Ciekawie prezentują się także miejsca, w których rozgrywa się akcja. Szczególne wrażenie robi Wielki Mur chroniący przed dawno zapomnianymi zagrożeniami.

„Gra o tron” to idealny przykład na to, iż można napisać znakomitą powieść fantasy i nie umieszczać w niej masy elfów, krasnoludów i innych magicznych stworzeń. W końcu czyje losy, jak nie ludzi, będą dla nas najbardziej przejmujące?

piątek, 19 sierpnia 2011

„Mgły Avalonu” Marion Bradley Zimmer

Wydawca: Zysk i S-ka
Liczba stron: 1354
Ocena: 6+/6


Czy zna ktoś z Was osobę, która nigdy nie słyszała legendy o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu? Ja tak, ale sądzę, że należy ona do mniejszości. Marion Bradley Zimmer podjęła się napisania nowej wersji tej znanej opowieści - z perspektywy biorących w niej udział kobiet; w moim odczuciu najlepszej, jaka kiedykolwiek powstała.

Był taki czas, kiedy wędrowiec, jeśli miał ochotę i znał choćby kilka tajemnic, mógł wypłynąć łodzią na Morze Lata i dotrzeć nie do Glastonbury pełnego mnichów, lecz do Świętej Wyspy Avalon. W tamtych czasach wrota łączące światu unosiły się we mgle i otwierały wedle woli i myśli wędrowca...

Jestem pod ogromnym urokiem tej książki. Mam wrażenie, że rzuciła na mnie czar, z którego prędko się nie uwolnię. Pomimo ogromnej objętości pochłonęłam ją w zadziwiająco krótkim czasie. Unikalną atmosferę tworzy magia; kult bogini - Wielkiej Matki, Święta Wyspa Avalon, intrygujące rytuały odprawiane przez kapłanki. To jest moim zdaniem najciekawszy element książki, ale dużo emocji wzbudził we mnie także wątek konfliktu religii pogańskiej, celtyckiej z chrześcijaństwem. Fanatyczna wręcz religijność Gwenifer, jej zaślepienie i upór doprowadzały mnie do szału. W wielu kwestiach zgadzałam się natomiast z niezależną, pewną swoich racji Morgianą. Autorce udało się wykreować też inne ciekawe postacie kobiece: Panią Jeziora Vivianę, Morgause i Nimue, choć jej losy wyglądały zupełnie inaczej niż w innych wersjach legendy. Fabuła obfituje w wiele zaskakujących wydarzeń, intryg dworskich i romansów. Niewiele miejsca zostało poświęcone poszukiwaniom Świętego Graala w formie kielicha, których wyjątkowo nie toleruję - kolejny plus.

„Mgły Avalonu”  to jedna z najważniejszych książek mojego życia. Najbardziej emocjonująca i najlepiej dopasowana do moich zainteresowań. Ta powieść oczarowuje, chce się zapomnieć o rzeczywistości i czytać, czytać, czytać. Gorąco polecam!
________
Jutro wyjeżdżam w góry i wracam w środę. Całe wakacje czekałam na ładną pogodę i w końcu jest. :]

czwartek, 21 kwietnia 2011

„Zielona mila” Stephen King

Wydawca: Albatros
Liczba stron: 416
Ocena: 6/6

Stephen King jest niewątpliwie mistrzem horroru, ale nie jest to jedyny gatunek, w jakim tworzy. Pisarz ma także na koncie powieści obyczajowe, psychologiczne, sensacyjne i fantasy. „Zielona mila” łączy elementy każdej z nich. To wspaniała książka, której po prostu nie wypada nie znać.

Lata trzydzieste XX wieku. Do więzienia stanowego w Cold Mountain przybywa, na blok przeznaczony dla więźniów oczekujących na wykonanie kary śmierci, czarnoskóry olbrzym o wiecznie załzawionych oczach, John Coffey. Wkrótce ma trafić na krzesło elektryczne nazywane dla żartów Starą Iskrówą, choć jeden ze strażników więzienia, Paul Edgecombe wierzy w jego niewinność. To właśnie on, sześćdziesiąt cztery lata później pisze pamiętnik, dzięki któremu możemy poznać tą niesamowicie poruszającą historię.

„Zielona mila” rozpoczyna się w sposób charakterystyczny dla twórczości Stephena Kinga. Pierwsze kilkadziesiąt stron wymaga odrobiny skupienia, ponieważ nie dzieje się w zasadzie nic porywającego. Pisarz wykorzystuje ten czas na dogłębne zapoznanie czytelnika z psychiką bohaterów, co bardzo pomaga zrozumieć ich późniejsze zachowanie. Opisy codziennych, trywialnych sytuacji sprawiają wrażenie  niesamowicie rzeczywistych, jakby były swego rodzaju pamiętnikiem. O tyle atrakcyjnym, że prezentują życie strażnika więziennego pracującego na bloku dla oczekujących na wykonanie kary śmierci. Mamy dzięki temu okazję być świadkami egzekucji; na ogół przebiegających zgodnie z planem, ale też niekiedy znacznie bardziej widowiskowych. Stephen King stworzył w „Zielonej mili” galerię niezapomnianych postaci skazańców: niepozornego  Francuza z Luizjany, Eduarda Delacroix, którego towarzyszką w celi była ponadprzeciętnie inteligentna mysz; Williama Whartona - nieobliczalnego młodocianego zabójcę i obdarzonego niezwykłą mocą Johna Coffeya. Nie sądziłam, że można tak bardzo przywiązać się do papierowych bohaterów.

Stale nie mogę wyjść z podziwu nad talentem literackim tego amerykańskiego pisarza. Gdy akcja się rozkręca, napięcie jest na tyle umiejętnie budowane, że naprawdę trudno oderwać się od lektury. Przerywanie właściwej opowieści w najciekawszych momentach i powrót do teraźniejszości początkowo mnie denerwował, ale z czasem to doceniłam, gdyż elementy z przeszłości znalazły swoje odbicie w czasie obecnym lub też się z nimi połączyły, sprawiając wrażenie spójności i uporządkowania.

Dzięki „Zielonej mili” przez kilka dni dosłownie żyłam w innym świecie. Nie raz wzruszyłam się przy niej do łez i jeszcze długo po przeczytaniu chciałam zacząć od nowa. Kiedyś na pewno to zrobię. Po zastanowieniu, mogę stwierdzić, że to najlepsza książka Kinga i jedna z lepszych, jakie kiedykolwiek przeczytałam.

Gorąco polecam!

wtorek, 5 października 2010

„Mumia” Tess Gerritsen

 
Wydawca: Albatros
Seria: Bestsellery literatury sensacyjnej
Liczba stron: 400
Ocena: 6/6


Powieść sensacyjna nigdy nie należała do gatunku literackiego, po który bym z chęcią sięgała. Jednak cała moja opinia diametralnie się zmieniła, gdy w oko wpadła mi Mumia Tess Gerritsen - jednej z najlepiej ocenianych autorek thrillerów medycznych. Zaintrygowana opisem, kilka dni po otrzymaniu przesyłki, zabrałam się za lekturę i ... zostałam oczarowana. Ta książka jest znakomita!

Starożytna egipska mumia odnaleziona w magazynach bostońskiego Muzeum Crispina okazuje się znacznie młodsza, niż sądzono. W jej nodze tkwi jak najbardziej współczesna kula. Sprawę prowadzi detektyw Jane Rizzoli. Gmach muzeum kryje wiele tajemnic, jak spreparowaną na indiańską modę głowę kolejnej ofiary. Zatrudniona w muzeum młoda egiptolożka, doktor Josephine Pulcillo, zaczyna otrzymywać zagadkowe anonimy. W bagażniku jej samochodu zostają odkryte spreparowane zwłoki innej młodej kobiety. Rizzoli zyskuje pewność, iż ma do czynienia z działającym od lat seryjnym mordercą, prawdopodobnie archeologiem. *

Świetna! Wspaniała! Fenomenalna! - po przeczytaniu pierwszych trzech rozdziałów nie byłam w stanie przestać się nią zachwycać. Wciągnęła mnie do granic możliwości i nie pozwalała myśleć o niczym innym. Całe szczęście, że zaczęłam (i skończyłam) czytać ją w weekend, bo inaczej miałabym problemy ze skupieniem się na lekcjach. Zdecydowałam się na jej zakup ze względu na opis, w którym znalazły się takie słowa jak: mumia, egiptologia, wykopaliska itp. Działają one na mnie jak magnes, dlatego bardzo się cieszę, że autorce udało się stworzyć niebanalny thriller, wplatając w niego dodatkowo mnóstwo ciekawostek dotyczących powyższych tematów.

Do niewątpliwych zalet książki mogę również zaliczyć dobrze wykreowanych bohaterów. Każdy ma swoją własną, wyjątkowo realistyczną osobowość. Odniosłam wrażenie, że mogłabym spotkać podobnych ludzi w rzeczywistym świecie. Wydaje mi się także, że właśnie dzięki temu nie miałam żadnych kłopotów z dopasowaniem nazwiska danej osoby z jej postacią, co dość często zdarza mi się, czytając powieści, w których jest ich bardzo wielu. Do stylu Gerritsen też nie mam żadnych zastrzeżeń; jej najnowszą powieść czytało mi się niezwykle lekko i z dużą przyjemnością.

Wybór tej książki na wrzesień okazał się strzałem w dziesiątkę. Choć przez cały tydzień po jej skończeniu nie znalazłam czasu na rozpoczęcie czegoś innego, to ochota na czytanie mi nie minęła. Nie mogę się także doczekać, aż sięgnę po kolejny thriller Tess Gerritsen, ponieważ od tego wprost nie mogłam się oderwać. Gorąco polecam!

czwartek, 12 sierpnia 2010

„Rio anaconda" Wojciech Cejrowski

 
Wydawca: Zysk i S-KA
Seria: Biblioteka Poznaj Świat
Liczba stron: 435
Ocena: 6/6


Wszyscy oni - Dzicy z plemienia Carapana - słyszeli już wprawdzie o świecie zewnętrznym, a nawet o białych ludziach, ale tylko najstarsi tych białych widzieli na własne oczy. [...] Większość współcześnie żyjących Dzikich znała już tylko własny, zielony świat Carapana - kilometry dziewiczej puszczy dookoła. A Opowieści o białych traktowała podobnie, jak my traktujemy opowieści o Indianach - ot, fikcja literacka, ciekawa, ale tak samo realna, jak rodzinna wycieczka na Księżyc. Pewnego dnia ta fikcja stała się faktem - w maleńkiej indiańskiej wiosce [...] pojawił się pierwszy biały człowiek. Oczywiście natychmiast wzbudził sensację. I niepokój... *

Uwielbiam podróże, odkrywanie nowych, często fascynujących miejsc. Wspomnienia przywiezione z różnego rodzaju wyjazdów są dla mnie bardzo cenne. Niektórych krajów prawdopodobnie nigdy nie zobaczę, ale jednak dzięki powieściom podróżniczym mogę się w pewnym stopniu poczuć tak, jakby rzeczywiście tam była. Jeśli dodatkowo dowiem się czegoś o innych kulturach, niedotkniętych jeszcze przez cywilizację, będę bardzo zadowolona. Do takich książek niezaprzeczalnie mogę zaliczyć Rio anacondę.

W przeciwieństwie do Gringo wśród dzikich plemion - innej książki polskiego podróżnika, którą przeczytałam ponad rok temu, "Rio anaconda" stanowi zapis z jednej, konkretnej wyprawy wgłąb tropikalnej puszczy w poszukiwaniu ostatnich dzikich ziem. Owszem, zawiera także opis sposobu, w jaki autor się tam dostał, ale najważniejsza i zarówno najciekawsza część to opowieść o ostatnim szamanie plemienia Carapana. Nazywany Czarownikiem, jest najinteligentniejszym i jednocześnie najbardziej samotnym członkiem swojego ludu. Cejrowski przedstawił jego zwyczaje, przeprowadzane rytuały i sposób patrzenia na otaczający go świat. Bardzo zaskoczył mnie fakt, iż człowiek bez choćby podstawowego wykształcenia doszedł samodzielnie do różnego rodzaju praw fizyki, medycyny (oczywiście w prosty sposób, nie używał skomplikowanego słownictwa), a jego Bóg - Pachamama nie różnił się wiele od naszego. Rio anaconda to także wiele opisów codziennego życia Indian, zapoznanie czytelnika z typowym jedzeniem, spojrzeniem na śmierć jak na najnormalniejszą rzecz pod słońcem (nikt wtedy nie rozpacza, tylko pozwala swoim bliskim spokojnie odejść na tamten świat).

Muszę przyznać, że Cejrowski ma niezwykły talent do snucia opowieści. Na uwagę zasługuje jego barwny i potrafiący zaciekawić język. Wiele historii było przedstawionych do tego stopnia humorystycznie, że wybuchałam śmiechem. Jeśli dodać do tego jeszcze piękne wydanie - egzotyczne fotografie, dobry papier i często nietypowy układ graficzny tekstu, okazuje się, że otrzymaliśmy świetną i niedającą o sobie zapomnieć powieść podróżniczą. Jeśli ktoś tego właśnie oczekuje od książki, to Rio anaconda będzie idealnym wyborem. Polecam! 

* fragment książki

piątek, 16 lipca 2010

„Tigana” Guy Gavriel Kay

 
Wydawca: Mag
Język oryginału: angielski
Liczba stron: 625
Ocena: 6/6


Tigana to piękna, fascynująca opowieść kanadyjskiego autora fantasy, którego książki przetłumaczono na dwadzieścia jeden języków. Kay, zanim zaczął pisać własne powieści, pomagał Christopherowi Tolkienowi przygotować do druku Silmarillion J. R. R. Tolkiena. Gdybym nie znała jego innej książki pt. Lwy Al-Rassanu to prawdopodobnie przypuszczałabym, iż autor czerpie pomysły z utworów Tolkiena. To jednak nieprawda, gdyż udało mu się znaleźć własny styl i tematykę, która najbardziej mu odpowiada - powieść parahistoryczną.

Istnieje także dobrze znana prawda dotycząca ludzi i bogów (...). Jest to prosta prawda, że śmiertelnik nie może zrozumieć, dlaczego bogowie kształtują wydarzenia tak, a nie inaczej. Dlaczego niektórzy giną w kwiecie wieku, a inni pod koniec życia zamieniają się w cienie samych siebie. Dlaczego cnota musi czasem zostać zdeptana, a w pięknym, wiejskim ogrodzie kwitnie zło. Dlaczego w przebiegu linii ludzkiego życia i losu tak wszechpotężną rolę gra przypadek, czysty przypadek.

Akcja powieści rozgrywa się na Półwyspie Dłoni, w realiach renesansowych Włoch. Kraina ta podzielona jest na dziewięć prowincji, które z wyjątkiem jednej zostały podbite przez dwóch rywalizujących ze sobą magów - Alberica z Barbadioru i Brandina z Ygrathu. Najzacieklejszy opór stawiała Tigana, której podczas pierwszej bitwy udało się zabić syna jednego z tyranów. Została za to skazana na niemalże całkowite zrównanie z ziemią i wymazanie jej nazwy z pamięci wszystkich, którzy się w niej nie urodzili. Garstka kobiet i mężczyzn niemogących się z tym pogodzić postanawia przywrócić pamięć swojej ojczyźnie; początkowo snując przeróżne intrygi i szukając ludzi gotowych im pomóc, a zakończywszy na otwartej walce na polu jedynej niezdobytej prowincji.

Największe wrażenie zrobili na mnie niezwykle wyraziści bohaterowie powieści Kaya. Każda ma interesującą przeszłość i cel, do którego dąży. O żadnej nie mogę powiedzieć, że jest do końca zła lub dobra. Przykładem może być Brandin - okrutny tyran, ale i rozpaczający po śmierci syna władca zakochany w jednej z kobiet ze swojego haremu, a także Alessan - następca tronu Tigany pragnący wolności dla swojej ojczyzny, zdolny zabijać, by ten cel osiągnąć. W konsekwencji sympatia czytelników nie zatrzymuje się na jednej konkretnej postaci, ale swobodnie wędruje pomiędzy wszystkimi (w moim przypadku z wyjątkiem Alberica z Barbadioru, kierującego się jedynie ambicjami zdobycia imperatorskiej władzy we własnym kraju). Do ciekawszych należy także Dianora, która poświęciła niemal całe życie na wkupienie się w łaski Brandina z Ygrathu, by pomścić ojczyznę, co z nieprzewidzianego powodu jej się nie udało oraz Dewin - wędrowny śpiewak, który odkrywa swoje tigańskie pochodzenie i zostaje wplątany w serię wydarzeń mających przywrócić pamięć o Tiganie. Kay to mistrz grania czytelnikom na emocjach. Udowodnił to w Lwach Al-Rassanu i podobnie jest tutaj. Bohaterowie wywoływali we mnie przeróżne uczucia i naprawdę czułam się z nimi w jakiś sposób związana. Pogłębiła to jeszcze narracja prowadzona z różnych punktów widzenia.

Jak na prawdziwą fantastykę przystało, magia stanowi główną oś tej powieści. Bohaterowie jednak równie często posługiwali się bardziej tradycyjnymi metodami. Początkowo nazbyt skomplikowana fabuła sprawiła, że nie byłam pewna, czy bez problemów dotrwam do zakończenia. Na szczęście w pewnym momencie wyjaśniły się kluczowe sprawy i ani się nie obejrzałam, aż trafiłam na ostatnią stronę powieści. Moim zdaniem, zdecydowanie za szybko. Ucieszyłabym się, gdyby niektóre wątki zostały bardziej rozbudowane, ale nie powinnam narzekać, bo Tigana to dzieło znakomite, do którego pewnie jeszcze nie raz wrócę. Porusza ważne kwestie, ale w całkowicie przystępny sposób.

To już druga tak dobra przeczytana przeze mnie książka tego niezwykle utalentowanego pisarza i z pewnością nie ostatnia. Na półce czekają już kolejne pozycje. Tiganę polecam miłośnikom fantastyki i historii, ale nie tylko, bo to niezwykle mądra, ciekawa i momentami wzruszająca opowieść, która powinna zainteresować wszystkich.

środa, 23 czerwca 2010

„Opowieści sieroty” Catherynne M. Valente

 
Wydawca: Mag; 2009
Seria: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 475
Ocena: 6/6


Przed sięgnięciem po drugi tom niezwykłych opowieści amerykańskiej pisarki - Catherynne M. Valente, postanowiłam przypomnieć sobie, co znajdowało się w części pierwszej. Jej akcja ma miejsce w egzotycznych, baśniowych krainach zamieszkanych przez dziwne i rzadko spotykane w innych książkowych światach, istoty. Wszystko rozpoczyna się jednak w momencie, gdy do ukrywającej się w wielkim, pałacowym ogrodzie dziewczynki przychodzi młody książę. By uszczęśliwić chłopca, nieakceptowana z powodu tajemniczego znamienia na powiekach i wokół oczu sierota, snuje niesamowite opowieści, które stanowią element jednej, wielkiej układanki.

Już od pierwszych linijek w oczy rzuca się piękny, bardzo kwiecisty styl pisania Valente. W żadnej innej książce nie spotkałam się z tak wymyślnymi epitetami a także wspaniałymi i rozbudowanymi metaforami. Autorka „Opowieści sieroty” balansuje po cienkiej granicy między prawdziwą sztuką a kiczem, ale nigdy jej nie przekracza. Zdumiewa mnie przede wszystkim ogrom pracy, jaki trzeba włożyć w umiejętne dopasowanie stylu środków stylistycznych do ducha orientu jaki unosi się nad fabułą powieści. Podziwiam także Marię Gębicką-Frąc za bardzo dobre tłumaczenie. Powieść Valente to wspaniałe dzieło pełne wyobraźni.

Utwór ten pod wieloma względami przypomina mi Baśnie tysiąca i jednej nocy”. Skojarzenie to budzi forma powieści: każda opowieść jest końcem jednej i początkiem drugiej; początkowo nie powiązane historie, z czasem zaczynają tworzyć spójną całość, momentami na tyle zaskakującą, że nikt by je o to nie podejrzewał. Konstrukcja ta sprawiła, że nie mogłam oderwać się od lektury i niczym młody książę chciałam poznawać coraz więcej i więcej baśniowych opowieści. Także orientalna sceneria przywodzi na myśl historie opowiadane przez Szecherezadę. Tworząc swoje miasta, Valente w dużej mierze wzorowała się na kulturze wschodniej, ale wiele ich elementów jest całkowicie oryginalnych.

Wraz z ostatnimi stronami dwie historie połączone ze sobą pobocznymi wątkami zostały zakończone, ale by poznać całą mozaikową opowieść będę musiała sięgnąć po tom drugi, co też w krótkim czasie zamierzam zrobić. Jako powieść wydana w Uczcie Wyobraźni wypadła bardzo dobrze i ze względu na dużą przystępność (wystarczy odrobina wyobraźni), jest dobrym wyborem na początek zapoznawania się z tą serią wydawniczą. Polecam!