Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. angielska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. angielska. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 kwietnia 2012

„Wieczna księżniczka” Philippa Gregory





Wydawca: Książnica
Rok wydania: 2010
Cykl: Powieści Tudorowskie
Liczba stron: 552
Tytuł oryginału: The Constant Princess
Rok wyd. oryginału: 2005
Ocena: 5/6


 
 
 
 
 
Owocem fascynacji Philippy Gregory XVI-wieczną Anglią stała się seria książek poświęcona dynastii Tudorów. Z niebywałą dbałością o szczegóły przedstawia ona dworskie życie, intrygi i tajemnice z punktu widzenia zarówno najbardziej istotnych, jak i niezwykle intrygujących postaci kobiecych. „Wieczna księżniczka” to historia Katarzyny Aragońskiej, pierwszej żony Henryka VIII.

niedziela, 4 marca 2012

„Pieśń czasu. Podróże” Ian R. MacLeod





Wydawca: Mag
Rok wydania: 2011
Cykl: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 498
Tytuł oryginału: Journeys. Song of Time
Rok wyd. oryginału: 2010, 2008
Ocena: 6/6






Ian R. MacLeod to pisarz, o którym mam bardzo niejednoznaczną opinię. „Wieki światła” mnie oczarowały, ale już ich kontynuacja niemile rozczarowała. Obok opowiadania z antologii „Kroki w nieznane 2010” przeszłam natomiast obojętnie. Niesamowity dar tworzenia wiarygodnych, pełnych piękna światów oraz liryczny nastrój - tego z pewnością nie mogę mu odmówić. Najnowsze dzieło jest pod tym względem bardzo bliskie doskonałości.

środa, 23 listopada 2011

„Wyprawa czarownic” Terry Pratchett

 



Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2001
Cykl: Świat Dysku
Liczba stron: 264
Tytuł oryginału: Witches Abroad
Rok wyd. oryginału: 1991
Ocena: 5,5/6






„Wyprawa czarownic” jest dwunastą powieścią kultowego cyklu - Świat Dysku. Tym razem Terry Pratchett bierze na warsztat osobliwą mieszankę złożoną z luster, baśni i podróży. Jest to najlepszy, spośród znanych mi trzech, utwór mistrza powieści humorystycznej.

Lustro może wessać skrawek duszy. Lustro może pomieścić odbicie całego wszechświata, niebo pełne gwiazd w kawałku posrebrzanego szkła, nie grubszego niż tchnienie. Kto rozumie lustra, ten rozumie prawie wszystko. Spójrzmy w lustro... głębiej... na pomarańczowe światełko na nagim górskim wierzchołku, tysiące mil od roślinnego ciepła bagien...

Po śmierci Dezyderaty, rolę matki chrzestnej niepozornej dziewczynki Elli przejmuje Margrat. Jej misją jest zapobiegnięcie ślubowi z księciem odległej krainy. Młodej i niedoświadczonej, ale pełnej zapału czarownicy postanawiają pomóc koleżanki po fachu: Babcia Weatherwax i Niania Ogg. Razem udają się do Genoi, rządzonej przez miłośniczkę szczęśliwych zakończeń, Lilith. Podróż bogata jest w spotkania z bohaterami znanych baśni i poznawanie zwyczajów zagranicznych krajów. 

Jako pierwsza, uwagę przykuwa barwna okładka. Drobiazgowość i lekkie szaleństwo idealnie komponują się z treścią książki. „Wyprawa czarownic” zawiera liczne aluzje do baśni, m.in. o Czerwonym Kapturku, Śpiącej Królewnie czy też Kopciuszku. Pozbawione są magicznej otoczki, niemniej jednak już samo ich zauważanie to duża satysfakcja. Do tego mamy Casanovę, vodou i pogromcę wampirów, kota Greeba.

Dla reszty świata był wielkim kocurem, wypchanym niewiarygodnie niezniszczalną siłą życiową opakowaną w skórę. Obcy często się nad nim litowali, bo praktycznie nie miał uszu, a jego morda wyglądała, jakby usiadł na niej niedźwiedź. Nie mogli wiedzieć, że przyczyną tego jest kocia duma Greeba, która kazała mu próbować walczyć albo gwałcić absolutnie wszystko, aż do czworokonnego wozu z drewnem włącznie. Kiedy Greebo maszerował ulicą, groźne psy skamlały i chowały się pod schodami. Lisy trzymały się z daleka od wioski. Wilki starały się ją omijać. - To taki wielki pieszczoch - rzekła niania.

„Wyprawa czarownic” jest powieścią wielowymiarową. Pratchett zgrabnie przeplata w niej zabawne sytuacje z fragmentami refleksyjnymi i tylko od nas zależy, czy będziemy chcieli poświęcić im dłuższą chwilę.

Ogromną sympatię wzbudzają główne bohaterki: zwolenniczka głowologii, wyznająca surowe zasady, których jednak osobiście się nie trzyma - Esme Weatherwax, znawczyni obcych języków i ludowych przyśpiewek, miłośniczka jedzenia, które powinno uciekać na czterech nogach albo na parze nóg i parze skrzydeł. A przynajmniej mieć płetwy. Pomysł jedzenia mającego więcej niż cztery nogi to całkiem inna para... tzn. kilka par kaloszy - Gytha Ogg i zmokła kura, Margrat Garlick. Dialogi pomiędzy nimi to kolejna charakterystyczna cecha książki. Lekko ironiczne i proste w swojej konstrukcji na długo zapadają w pamięć. 

„Wyprawa czarownic” będzie idealnym wyborem, jeśli szukamy kilku godzin relaksu, a także humoru na najwyższym poziomie. Polecam!

wtorek, 19 lipca 2011

„Biała królowa” Philippa Gregory

 



Wydawca: Książnica
Rok wydania: 2010 
Cykl: Wojna kuzynów
Liczba stron: 480
Tytuł oryginału: The White Queen
Rok wyd. oryginału: 2009
Ocena: 5/6







Od zawsze interesowały mnie filmy kostiumowe, które nierzadko oglądałam z niemym zachwytem. Głównie za ich sprawą często myślę o minionych wiekach i zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym urodziła się kilkaset lat wcześniej. Z książkami historycznymi nie miałam do czynienia, aż do momentu, gdy trafiłam na nazwisko Philippy Gregory i kupiłam pierwszą powieść z cyklu „Wojna kuzynów” znaną też jako Wojna Dwu Róż. Był to znakomity wybór.

Król Edward IV York zakochuje się pięknej wdowie, Elżbiecie Woodville i przed upływem miesiąca bierze ją w sekrecie za żonę. Gdy ich małżeństwo wychodzi na jaw, dostają się w sam środek walk o wpływy na królewskim dworze, gdzie muszą stawić czoło matce Edwarda. Oburzony samowolą króla hrabia Warwick, doradca Yorków, obraca się przeciwko niemu, przechodząc na stronę wrogiego obozu Lancasterów. 

Dwór angielski stanowi doskonałe tło do napisania przejmującej powieści pełnej dworskich intryg, spisków, zaskakujących zgonów i nagłych egzekucji. „Biała królowa” prezentuje niezwykle sugestywny obraz kobiety o silnym charakterze. Philippa Gregory nie zapomina też o bohaterach z drugiego planu, choć nie mniej ważnych dla przebiegu fabuły. Jej kunszt pisarski sprawia, że przestają być oni tylko postaciami z podręcznika od historii, a stają się prawdziwymi, żywymi ludźmi. Autorka posiada lekkie pióro, a w każdym zdaniu przejawia się nie tyle, co jej ogromna wiedza historyczna, którą bez wątpienia ma, a faktyczne zainteresowanie tym tematem. Czaru powieści dodaje legenda o wodnej bogince Meluzynie, pramatce tytułowej bohaterki.

Chyba, a nawet na pewno znalazłam kolejne książkowe zainteresowanie obok fantastyki i thrillera medycznego: powieść historyczną. „Biała królowa” jest jej wspaniałym przykładem. Malowniczo ukazuje dworskie życie, wewnętrzne rozterki bohaterów i wciąga dzięki barwnej, nieco tajemniczej fabule.

sobota, 4 czerwca 2011

„Dracula” Bram Stoker

Wydawca: Mystery
Rok wydania oryginału: 1897
Liczba stron: 438
Ocena: 3+/6


Wampir pojawia się w literaturze od ponad wieku, ale jego obecny wizerunek znacząco różni się od pierwowzoru. Żadnego z nich nie darzę szczególną sympatią, choć gdybym miała wybierać, byłaby to jego pierwsza postać. Dla wyjaśnienia - uwielbiam wampiry wymyślone przez Anne Rice w „Kronikach wampirów”.

Młody prawnik Jonathan Harker wyrusza w podróż do Transylwanii by sfinalizować zakup posiadłości w Londynie przez hrabiego Draculę. Choć na początku swojego pobytu jest pod wrażeniem uprzejmości Draculi, wkrótce odkrywa jego dziwne właściwości i zdaje sobie sprawę z tego, że został uwięziony w jego zamku. Spotyka trzy upiorne kobiety - również wampiry - i dowiaduje się, że po wyjeździe Draculi do Anglii zostanie im przeznaczony jako ofiara.

Pierwsze kilkadziesiąt stron sugeruje, że będzie to całkiem dobry horror. Mroczny klimat Transylwanii, dzikie i budzące strach góry robią na czytelniku niesamowite wrażenie. W tych fragmentach najlepiej widoczna jest typowa dla powieści gotyckiej atmosfera grozy i tajemniczości. Dalszy ciąg niestety rozczarowuje swoją przeciętnością. Poszczególne wydarzenia są nadmiernie rozciągnięte w czasie, ponadto Stoker przedstawia je z punktu widzenia kilku osób. Fabuła była mi mniej więcej znana z filmu, dlatego też akcja książki mnie nie porwała. Czasem wręcz nudziła. Najbardziej zawiodło mnie jednak zakończenie: mało spektakularne,  sprawiające wrażenia niedopracowanego, jakby autorowi zależało na jak najszybszym skończeniu książki. Generalnie mówiąc, spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. Nic dobrego nie mogę także powiedzieć o bohaterach. Bez charakteru, niczym się nie wyróżniający, po prostu nudni.

„Dracula” to klasyk literatury wampirycznej, każdy czytelnik lubiący wampiry powinien go znać. Ciekawym doświadczeniem jest bliższe poznanie jego wizerunku powstałego za sprawą ludowych wierzeń, przesądów i porównanie go z obecnym. Mam nadzieję, że wkrótce skończy się moda na puste, świecące się wampiry z dylematem: pić krew czy nie, co być może spowoduje powrót do jego korzeni. „Draculę” mimo nie jednego rozczarowania czytało mi się bardzo dobrze, dlatego ocena nie jest tak niska, jak mogłoby to wynikać z recenzji.

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

„Legenda o Sigurdzie i Gudrun” J. R. R. Tolkien

Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 560
Ocena: 3+/6


„Władca Pierścieni” jest najbardziej znanym dziełem Tolkiena i jednocześnie jedną z moich ulubionych trylogii, dlatego też konsekwentnie kupuję i czytam inne książki tego wybitnego, angielskiego pisarza. Tym razem wybór padł na niepublikowaną dotąd wersję legendy z mitologii ludów skandynawskich. Choć tytuł wyraźnie mówi o jednej, to znaleźć możemy tu dwie, powiązane ze sobą pieśni.

„Pieśń o Völsungach” to rodowód wielkiego bohatera Sigurda, który zabił smoka Fafnira i przywłaszczył sobie jego skarb, obudził walkirię Brynhildę oraz zawarł braterstwo krwi z książętami Niflungów. „Pieśń o Gudrun” opowiada o małżeństwie Gudrun, zawartym wbrew jej woli z potężnym Atlim, władcą Hunów, i zemście, którą wymierzyła mężowi za wymordowanie braci.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam „Legendę...” na półce w księgarni, wpadłam w zachwyt. Bardzo ładna, stylizowana na epokę średniowiecza okładka mnie zauroczyła, a ponad pięciuset stronicowa objętość zapowiadała długie, przyjemne chwile spędzone nad lekturą. Potem jednak emocje opadły. Niemałą część książki zajmują bowiem komentarze, przypisy i wprowadzenia pióra Christophera Tolkiena. Większość czytelników, nie wyłączając w tym mnie, uzna je bez wątpienia za nieatrakcyjne i nużące. Niewykluczone wszak, że dla bardziej oddanych fanów, będą to wartościowe fragmenty. „Legenda...” została napisana dość uroczystym, ale i niezwykle żywym językiem. Dla znających angielski, nie lada gratką będzie możliwość choćby fragmentarycznego przeczytania tego utworu w oryginale. Strofy te znajdują się zaraz obok polskiego przekładu. Nie było to łatwe zadanie, dlatego tym większy jest mój podziw dla obu tłumaczek.

Przed rozpoczęciem lektury dobrze jest zapoznać się z ogólnym zarysem treści mitologii skandynawskiej. Ogromna ilość imion i opisanych w zaledwie kilku wersach wydarzeń początkowo bardzo przytłacza. Niektóre fragmenty musiałam przeczytać kilkukrotnie, a i tak zrozumiałam je w stu procentach dopiero, gdy wpadłam na jakże genialny pomysł! - zajrzałam do streszczeń zamieszczonych w internecie.

Cieszę się, że „Legenda o Sigurdzie i Gudrun” trafiła w moje ręce, aczkolwiek ocena byłaby dużo niższa, gdyby nie rewelacyjne, zapadające w pamięć zakończenie drugiej pieśni. Generalnie, bardziej przypadła mi  ona do gustu niż pierwsza. Zdarzenia płynniej przechodziły jedno w drugie, były bardziej dynamiczne. Polecam fanom Tolkiena i wszystkim, którzy lubią legendy/mity skandynawskie.

czwartek, 3 lutego 2011

„Złamana przysięga” Michelle Paver

Wydawnictwo: W.A.B.
Liczba stron: 328
Ocena: 5/6


Młodzieżową fantastyką już od dawna nie jestem zainteresowana, ale dokończenia rozpoczętych kilka lat temu serii nie mogłabym sobie odpuścić. „Złamana przysięga” to piąty, przedostatni tom umiejscowionej w czasach prehistorycznych, sagi fantasy angielskiej pisarki - Michelle Paver: „Kroniki Pradawnego Mroku”

Minęło już kilka miesięcy, odkąd prawie piętnastoletni już Torak został wykluczony z klanów. Może jednak przebywać z Krukami, którzy pilnie strzegą miejsca, gdzie ukryty jest ostatni kawałek opalu ognia. Strach pomyśleć, co się stanie, jeśli kamień wpadnie w ręce Thiazziego - bezwzględnego Pożeracza Dusz. Gdy z jego ręki ginie przyjaciel Toraka, chłopiec poprzysięga zemstę. Z dwoma ptaszyskami, Wilkiem i młodą szamanką Renn rusza śladem zabójcy do Głębokiego Lasu.

Niewątpliwą zaletą „Złamanej przysięgi” i poprzednich tomów również, jest znakomicie przedstawiona atmosfera świata, w którym żyli bohaterowie. Realistyczne, ale i pełne uroku opisy przyrody, która była traktowana przez prehistorycznych ludzi niczym wszechpotężne bóstwo; zapewniała bezpieczne schronienie, pożywienie i wszystko inne, co było im potrzebne do prowadzenia względnie wygodnego życia. Magiczne rytuały, wiara w demony i obecność duszy w każdej żywej istocie, nie wyłączając rośliny czy zwierzęcia, nadały ich życiu pewnej tajemniczości, która bardzo mnie zaintrygowała.

Autorka za pośrednictwem tych samych, bez trudu zdobywających sympatię bohaterów, zabiera czytelnika w nowe, omijane we wcześniejszych tomach miejsce. Głęboki Las fascynuje głównie za sprawą zamieszkujących go plemion, wyróżniających się wyjątkowo pokojowym nastawieniem do innych, nawet w obliczu wielkiego niebezpieczeństwa. To także świetna okazja, by przybliżyć czytelnikowi ich obrzędy i codzienne zwyczaje. Paver nie wykazała się pod tym względem równie dobrze, jak wcześniej, ale i tak ilość oraz przede wszystkim jakość tych opisów jest zadowalająca.

Dość prosty, przejrzysty styl, adekwatny do wieku potencjalnego czytelnika i wciągająca fabuła sprawiły, że kolejne strony mijały mi w zastraszającym tempie. Zaskoczył mnie jednakże nieco dziwny zabieg zastosowany przez autorkę. W pewnym momencie akcja wyraźnie miała się ku końcowi, choć nie przekroczyłam nawet połowy książki. Na szczęście Paver udało się z tego zgrabnie wybrnąć i tak ułożyć dalszą fabułę, by prawdziwy punkt kulminacyjny nie był rozczarowujący.

„Kroniki Pradawnego Mroku” to moim zdaniem jedna z lepszych sag dla młodzieży. Żałuję tylko, że już wkrótce przeczytam ostatni tom.

Polecam!

sobota, 15 stycznia 2011

„Kroki w nieznane 2010”, antologia

Wydawca: Solaris; 2010
Liczba stron: 586
Ocena: 4+/6


„Kroki w nieznane 2010” to już szóste wydanie, reaktywowanej po niemal trzydziestoletniej przerwie, jedynej na polskim rynku cyklicznej antologii zagranicznej fantastyki. Zredagowane po raz trzeci przez Mirka Obarskiego prezentuje utwory poruszające tematykę genetyki, religii i rozwoju sztucznej inteligencji, urozmaicone o etyczne rozważania oraz zaskakujące uczuciowe relacje między bohaterami. Jest ich zaledwie jedenaście, ale w przeciwieństwie do poprzednich edycji są to w większości teksty długie. 

Antologię rozpoczyna króciutkie, bo zaledwie 24-stronicowe opowiadanie Petera Wattsa, które prozę miałam okazję poznać, czytając „Ślepowidzenie” - znakomitą opowieść o pierwszym kontakcie ludzi z obcymi. W „Rzeczach” autor tworzy równie zaskakujący obraz istoty pozaziemskiej, i co ciekawe, to z jej perspektywy prowadzona jest narracja. Bardzo sugestywny, intrygujący utwór. Oby było takich więcej.

Kolejnym opowiadaniem („Betonowa dżungla” Charlesa Strossa) się natomiast rozczarowałam. Zaczęło się nieźle, ale potem było już tylko gorzej. Sensacyjna fabuła, zabarwiona humorem w konwencji urban fantasy niestety do mnie nie przemawia. Liczę, że czekające na półce „Accelerando” trafi jednak w mój gust.

Do mniej udanych tekstów mogę zaliczyć także „Me-gi-do” Julii Zonis, jedynej reprezentantki wschodniej fantastyki. Miałam wrażenie, że autorka na siłę chciała zmieścić jak najwięcej treści w jak najkrótszej formie i niestety zabieg ten jej się nie udał. Gdy dodamy do tego naiwnego bohatera, którego nie ratuje nawet szlachetny uczynek w końcowej części, powstanie nam utwór, który bez żalu mogłam sobie odpuścić.

Bardzo przyjemnie czytało mi się za to opowiadania pozostałej dwójki debiutantów (Julia Zonis również do nich należy) na polskim rynku. „Mrożona panna młoda” Willa McIntosha zachwyca oryginalnym pomysłem. Autor wykorzystuje w niej wnioski zdobyte podczas badań dotyczących randek on-line, z tym że akcję utworu umiejscawia w dalekiej przyszłości, w magazynie trupów czekających na wskrzeszenie. „Warunkowana miłość” Felicity Shoulders to natomiast jeden z poważniejszych utworów w tym zbiorze. Przykład dojrzałego science fiction omawiającego nieprzyjemne skutki prowadzenia eksperymentów nad ludzkimi genami.

W zbiorze znalazło się także miejsce dla tekstów rozrywkowych, choć nie pozbawionych głębszego sensu. Rachel Swirsky w „Eros, filia, agape” zastanawia się, czy odpowiednio zaprogramowany robot jest w stanie zastąpić prawdziwego męża i ojca. „Boże napędy” Johna Scalziego to religijna space opera z zaskakującym i nieco pesymistycznym zakończeniem, a utwór Iana McDonalda: „Wisznu w Kocim Cyrku” zachwycił mnie barwną i przede wszystkim poruszającą wizją przyszłości Indii. Mam nadzieję, że „Rzeka bogów”, osadzona w tym samym uniwersum, będzie równie interesującym rozwinięciem pomysłu autora, ale i zaskoczy mnie czymś zupełnie nowym.

Dość dobrymi, ale nie tak porywającymi, jak tego oczekiwałam, okazały się być utwory: Iana R. MacLeoda - autora lirycznych „Wieków świateł” i ich niezłej kontynuacji; a także Teda Kosmatki, amerykańskiego pisarza zdobywającego coraz większą popularność. „Feralna sztuka” rozgrywa się podczas II wojny światowej i przedstawia spotkanie szczęścia z pechem pod postacią pilota RAF-u i dziewczyny pracującej w kuchni polowej. Pomysł był dobry, ale w samym wykonaniu czegoś mi zabrakło. „Boża Maszyneria” - najmniej pozostający w pamięci utwór tej antologii. Początek mnie zaintrygował, ale dalsza część sprawiała dość niepozorne wrażenie. Mam nadzieję, że to tylko taki jednorazowy spadek formy, a inne opowiadania Kosmatki są znacznie lepsze.

Bardzo wiele oczekiwałam od prozy Teda Chianga i nie zawiodłam się. Zaprezentowany w zbiorze „Cykl życia oprogramowania” czyta się wspaniale. Pomysł nie jest szczególnie oryginalny, ale autor patrzy na niego z odmiennej perspektywy i odkrywa przed czytelnikiem zupełnie świeże spojrzenie na poruszaną tematykę. Świetny styl i wciągający przebieg wydarzeń jeszcze bardziej uatrakcyjniają lekturę tego znakomitego utworu. Z niecierpliwością oczekuję paczki ze zbiorem wszystkich opowiadań Chianga.

Moje pierwsze spotkanie z antologią światowej fantastyki uważam za bardzo udane. Co prawda nie wszystkie utwory przypadły mi do gustu, ale dla tych kilku perełek z pewnością warto było po nią sięgnąć. Pozostaje mi tylko czekać na premierę kolejnego tomu „Kroków w nieznane”, a w międzyczasie zapoznać się z zawartością poprzednich edycji.

niedziela, 7 listopada 2010

„Miecz dla króla” T. H. White

   
Wydawca: Solaris
Liczba stron: 370
Ocena: 2/6


Nie byle jaki pierwszy z brzegu kraj,
Gdzie las, powietrze i woda,
Ale Wyspę Gramarii odwiedzimy dziś –
Czeka nas tam Przygoda.

Sięgając po klasyczny już dziś przykład retellingu legend arturiańskich, pierwszy tom cyklu pt. „Był sobie raz na zawsze król” autorstwa Terence'a H. White'a wydanego po raz pierwszy w latach 1938-1977, miałam nadzieję przenieść się na nowo do świata, którym fascynowałam się w dzieciństwie. Nie do końca mi się to udało, ponieważ niniejsza książka jest raczej infantylną i nieco dziwną baśnią, w której sam środek raczej nie chciałabym trafić.

Średniowieczna Anglia. Na skraju Puszczy Dzikiej zamieszkiwanej przez fantastyczne stworzenia, w zamku Sir Ectora wychowują się dwaj młodzi chłopcy: Kay - przyszły pan na włościach i Art, zwany Wartem, którego pochodzenie nie jest do końca jasne. Obaj spędzają czas na typowych dla tej epoki zajęciach: walce na kopie, łucznictwie, szermierce i polowaniach. Ich edukacją zajmuje się także żyjący pod prąd czasu czarodziej Merlin, którego lekcje nie przypominają niczego, co dotąd mieliśmy okazję poznać. Za pomocą magii potrafi on bowiem zmienić postać człowieka w dowolne zwierzę, ale na taką przemianę pozwala tylko Wartowi, którego wyraźnie faworyzuje. Dzięki nim chłopiec poznaje różnorodne struktury społeczne i uczy się umiejętności charakteryzujących dane stworzenia, co może przynieść mu w przyszłości duże korzyści.

Już po przeczytaniu kilku pierwszych rozdziałów zorientowałam się, że dialogi to jeden z najsłabszych aspektów tej powieści. Wyjątkowo dziecinne, często jedno-dwu wyrazowe wypowiedzi w ustach osób dorosłych, nie wyłączając Merlina, po którym spodziewałam się nieco bardziej rozwiniętych i dających do myślenia stwierdzeń, nie wniosły nic ciekawego do fabuły. Również ona nie zachwyca. Jest bardzo nierówna - raz jakieś wydarzenie ciągnie się nienaturalnie długo przez kilka rozdziałów, by następne zmieściło się kilkunastu linijkach. Są to w dodatku sytuacje bardzo luźno, żeby nie powiedzieć wcale, ze sobą związane. Brakuje chociażby jednej, konkretnej linii fabularnej, która sprawiłaby, że czytelnik z niecierpliwością przewracałby kolejne kartki powieści, by poznać dalsze losy bohaterów. Na nieco naciągany plus zasługują za to fragmenty, w których Wart poznaje życie zwierząt, zmieniając się w jednego z nich. Naciągany, ponieważ sporo w nich jak dla mnie zupełnie niepotrzebnego zanudzania, czym moim zdaniem niewątpliwie są opisy sposobów latania ptaków.

Fantasy jest gatunkiem literackim, który rządzi się własnymi prawami,ale wszelkie udziwnienia stosowane przez autorów rzadko kiedy wychodzą tym powieściom na dobre. Nie inaczej jest i w tym przypadku. Pomysł, że Merlin doskonale pamięta czasy obecne, ponieważ jego życie płynie pod prąd czasu, jest całkiem interesujący, ale niestety kiepsko sprawdza się w epoce, w której rozgrywa się akcja książki. Współczesne słownictwo sprawiło, że nijak nie mogłam poczuć atmosfery średniowiecznej Anglii, którą bardzo lubię.

„Miecz dla króla” nie jest jednak tak niewartą uwagi powieścią, jak to wynika z treści powyższych akapitów. Mnie osobiście bardzo przypadły do gustu plastyczne i po prostu urzekające opisy przyrody, a także ładne wydanie, które pięknie prezentuje się na półce. Zdaję sobie sprawę, że to niewiele, ale postanowiłam dać drugą szansę tej sadze, ponieważ kolejne tomy są podobno znacznie lepsze.

sobota, 16 października 2010

„Lew, czarownica i stara szafa” C. S. Lewis

 
Wydawnictwo: Media Rodzina
Seria: "Opowieści z Narnii"
Liczba stron: 184
Ocena: 3+/6

Początek roku szkolnego zazwyczaj łączył się u mnie z kryzysem czytelniczym i aby nie stało się tak również tym razem postanowiłam zająć się wyłącznie lekturami lekkimi i przyjemnymi. Do głowy od razu przyszedł mi pomysł powtórzenia sobie całego narnijskiego cyklu, który bardzo miło wspominam z czasów dzieciństwa oraz bardzo dobrej zresztą ekranizacji kinowej.

- Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Tumnus.
- Miło mi pana poznać, panie Tumnusie - powiedziała Łucja.
- A czy wolno mi zapytać, o Łucjo. Córko Ewy, w jaki sposób znalazłaś się w Narnii?
- W Narnii? A co to takiego - zapytała Łucja.
- Przecież znajdujemy się w kraju, który nazywa się Narnią. Wszystko, co leży między Latarnią a wielkim zamkiem Ker-Paravel nad wschodnim morzem. Wszystko to należy do Narnii. A ty, ty zapewne przybywasz z zachodniej puszczy?
- Ja... ja przyszłam tu ze starej szafy w garderobie. - wyjąkała Łucja.
- Ach! -westchnął pan Tumnus melancholijnie. Gdybym tylko trochę bardziej przykładał się do geografii, kiedy byłem małym faunem, to bez wątpienia wiedziałbym wszystko o tych dalekich i dziwnych krajach. Teraz już na to za późno.
- Ale to wcale nie są żadne kraje - powiedziała Łucja rozbawiona. To jest tam, zaraz za nami... a w każdym razie... no, nie jestem taka pewna. Tam jest lato.
- Jednakże - zauważył pan Tumnus - w Narnii jest zima, i to od tak dawna! Jeżeli będziemy tak stać i rozmawiać w tym śniegu, to możemy się przeziębić. Czy Córka Ewy z dalekiego kraju Gar-Deroby, gdzie panuje wieczne lato wokół prześwietnego miast Staraszafa, nie zechciałaby przyjąć zaproszenia na mały podwieczorek?
- Bardzo dziękuję, panie Tumnusie. [...]
- Gdybyś zechciała wziąć mnie pod rękę, Córko Ewy, to parasol osłoni nas oboje. Idziemy w tamtą stronę. A więc - w drogę! 

To właśnie obraz fauna idącego przez zaśnieżony las z parasolem i paczkami stał się inspiracją do napisania opowieści o czwórce dzieci, które przypadkowo, bądź też patrząc na to inaczej - zgodnie ze swoim przeznaczeniem, zostały przeniesione do baśniowej krainy zwanej Narnią. Myślę, że jest to na tyle znany cykl, iż nie ma potrzeby zamieszczania tutaj obszerniejszego opisu fabuły.

Choć bardzo lubię i cenię sobie świat przedstawiony w tej powieści Lewisa, to jednak wydaje mi się, że nie jest to już niestety rodzaj literatury, który byłby w stanie mnie w pełni usatysfakcjonować. Wyraźnie widoczny brak obszernych opisów, które mogłyby być nudne dla młodszego czytelnika, do którego to właśnie skierowana jest ta książka, mnie bardzo przeszkadzał i sprawił, że tak naprawdę nie wciągnęłam się w tą opowieść. Szkoda, bo na pewno byłoby warto. Również infantylne dialogi, jakich mogłam się spodziewać, nie przypadły mi do gustu. Ostatnią wadą, o której wspomnę, są czarno-białe (z wyjątkiem Edmunda) charaktery bohaterów. Mimo to polubiłam ich, ponieważ od postaci dzieci nie wymagam raczej niczego szczególnego.

Jak do tej pory skupiłam się wyłącznie na wymienianiu wad pierwszego tomu narnijskich opowieści (choć nie jestem pewna czy to dobre określenie, gdyż powieść ta nie miała wcale wyglądać inaczej niż to, jak ją opisałam i co uznałam za wady), ale ma ona również całe mnóstwo plusów, dla których warto po tę pozycję sięgnąć. Im wcześniej tym lepiej, ponieważ to klasyk literatury dziecięcej tudzież fantastycznej, a najbarwniejszą wyobraźnię ma się podobno właśnie w tym czasie. Do tych wspomnianych dobrych stron powieści mogę zaliczyć ciekawą, wartko płynącą akcję oraz krótkie rozdziały, dzięki czemu w każdym momencie można przerwać lekturę. Ponadto zauroczył mnie baśniowy klimat i mówiące zwierzęta, a także piękne krajobrazy, które pojawiały się w moim umyśle za sprawą obejrzanej ekranizacji, którą bardzo lubię i czekam z niecierpliwością na kolejne. "Lew, czarownica..." to również opowiastka filozoficzna, w której Lewis zgrabnie umieścił mnóstwo symboli dotyczących Boga i życia.

Zamierzałam przeczytać ponownie cały cykl „Opowieści z Narnii”, ale po lekturze tomu pierwszego mam wątpliwości, czy powinnam to robić. Byłby to z pewnością całkiem udany powrót do czasów dzieciństwa, ale niewykluczone, że zepsułby także całe moje wyobrażenie o książkowym świecie Narni. Będę musiała jeszcze nad tym pomyśleć.

sobota, 11 września 2010

„Rozważna i romantyczna” Jane Austen

 
Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 312
Ocena: 4/6


Nie przepadam za powieściami obyczajowymi, ale jestem zdania, że od czasu do czasu warto przeczytać coś niemającego nic wspólnego z dotychczasowymi zainteresowaniami. Tym razem zdecydowałam się na „Rozważną i romantyczną” - pierwszą z książek Jane Austen, która ujrzała światło dzienne i już od samego początku zdobywała bardzo pochlebne recenzje. Spodobała mi się, jednak nie tak bardzo jak przeczytana wcześniej przeze mnie „Duma i uprzedzenie”.

Południowa Anglia. Przełom XVIII i XIX wieku. Siostry Dashwood - rozsądna i powściągliwa Elinor oraz uczuciowa i impulsywna Marianne po śmierci ojca wraz z matką i młodszą siostrą Margaret zostają zmuszone opuścić rodzinną posiadłość i przenieść się do oddalonego o wiele mil skromnego domku w uroczej dolinie Barton. Smutna konieczność przynosi jednak ze sobą splot wielu zabawnych chwil, miłosnych uniesień i nieprzewidzianych sytuacji.

Już na wstępie powiem, że nie jest to lekka i przyjemna lektura na dwa wieczory. Odrobinę archaiczny język, długie przemowy bohaterów i duszna atmosfera epoki wiktoriańskiej męczyły mnie, przez co nie byłam w stanie przeczytać jednorazowo więcej niż trzydzieści stron. Patrząc jednak na te trzy aspekty z innej strony, mogę zaliczyć je również do atutów tej powieści. W połączeniu z powolną akcją wywołują one bowiem w umyśle czytelnika obraz życia codziennego ludzi w tamtych czasach. Znakomicie przybliżają ich realia: liczne przyjęcia i spotkania, podczas których grano w karty, tańczono i prowadzono rozmowy przy filiżance herbaty. Niezbyt to moim zdaniem interesujące, lecz pozostaje to tak naprawdę bez znaczenia. Liczy się fakt, że Austen udało się stworzyć wierny obraz własnej epoki, który jest nadal chętnie "oglądany" w jej powieściach.

Na uwagę zasługują także świetnie wykreowani bohaterowie, którzy ewidentnie pełnią w powieściach Austen najistotniejszą rolę. Każdy ma swój niepowtarzalny i odrobinę przerysowany charakter. Nie mogą jednak powiedzieć, żeby którakolwiek z tych postaci wzbudziła moją sympatię. Główne bohaterki często irytowały mnie swym zachowaniem: Marianne ignorowaniem ludzi o innych poglądach niż jej własne, natomiast Elinor często zbyt chłodnym podejściem do różnych spraw. Pierwsza z nich była za bardzo uczuciowa, a druga przesadnie rozsądna. Doszłam do wniosku, że przesłaniem tej powieści może być stwierdzenie, iż powinno się zachować równowagę, a wszelkie "przegięcia" w jedną bądź drugą stronę mogą niekorzystnie wpłynąć na nasze życie.

Już po kilkudziesięciu stronach byłam niemal pewna zakończenia, ale w przeciwieństwie do identycznej sytuacji w „Dumie i uprzedzeniu” okazało się, że byłam w błędzie. Takiego finału z pewnością nikt nie mógł się spodziewać, choć nie oznacza to, że było ono nadzwyczaj oryginalne. Tak więc duży plus za nieprzewidywalność, bo nie ma chyba nic gorszego od świadomości, że nic nas już w danej powieści nie zaskoczy. W wydaniu Prószyńskiego i S-ka nie znalazłam ponadto żadnych literówek ani innych tego typu "kwiatków", które skutecznie potrafią zniechęcić mnie do lektury nawet najlepszej książki.

Trudno jest mi wystawić niniejszej powieści jednoznaczną ocenę. Mimo paru niedociągnięć jest to niewątpliwie pozycja warta uwagi, choć nie wywarła na mnie tak dużego wrażenia, jak bym tego chciała. Może to po prostu wina faktu, że wolę literaturę innego typu. Dla miłośników twórczości Jane Austen pozycja obowiązkowa. Jeśli ktoś lubi epokę wiktoriańską i/lub powieści obyczajowe to także z pewnością się nie rozczaruje. Ja osobiście zamierzam zapoznać się również z innymi książkami tej angielskiej pisarki.

poniedziałek, 5 lipca 2010

„Silmarillion” J. R. R. Tolkien

 
Wydawca: Amber
Seria: Dzieła Tolkienowskie
Liczba stron: 407
Rodzaj: Fantasy
Ocena: 3+/6

Postanowiłam wrócić do mojego planu sprzed roku dotyczącego zapoznania się ze wszystkimi dziełami Tolkiena i dlatego jakiś czas temu sięgnęłam po „Silmarillion” - dla fanów Śródziemia pozycja obowiązkowa.

„Silmarillion” to zbiór opowieści, które stanowią niepowtarzalny obraz dziejów krainy wymyślonej przez angielskiego mistrza fantasy - Johna Ronalda Reuela Tolkiena - od Muzyki Ainurów, z której powstał świat, aż do końca Trzeciej Ery, momentu gdy powiernicy Pierścienia odpłynęli z Szarej Przystani. Książka ta przedstawia historię Silmarilów, świetlistych klejnotów, w których przetrwało światło Dwóch Drzew Valinoru, w tym walkę z pierwszym Władcą Ciemności, Morgothem w celu ich odzyskania. Ponadto czytelnik ma okazję zapoznać się z wieloma innymi legendami, m. in. o Ainurach, Turinie Turambarze, Berenie i Luthien.

Całość jest podzielona na pięć części, a także zawiera przedmowę oraz wstęp z listem napisanym przez Tolkiena do redaktora w wydawnictwie Collins. Sam autor zmarł kilka lat przed pierwszym wydaniem „Silmarillion”, dlatego opracowanie "mitologii Śródziemia" jest dziełem jego syna - Christophera Tolkiena. Z przykrością muszę przyznać, że ten fakt był w wielu momentach bardzo widoczny; brakowało mi tej niesamowitej magii „Władcy Pierścieni” czy „Hobbita”. Przyczyną tego jest też zapewne forma - legendy z niewielką ilością dialogów, jak i dość oszczędny styl typowy dla streszczeń. Nie ma to jak powieść ze szczegółowo opisanymi (pięknym językiem) wydarzeniami.

Skupiłam się na wadach książki, ale jest też oczywiście całe mnóstwo pozytywnych aspektów. Należy do nich przede wszystkim bardzo ciekawie i drobiazgowo wykreowany świat oraz jego dzieje. Śródziemiem zachwycam się odkąd je poznałam, a teraz miałam niepowtarzalną okazję dokładniej zapoznać się z jego historią, a także dowiedzieć się czegoś o krainie, do której pod koniec Trzeciej Ery odpłynęli wszyscy elfowie - Valinorze. Do najciekawszych rozdziałów mogę zaliczyć ten opowiadający o miłości Berena i Luthien a także przedstawiający losy Turina Turambara. Za najmniej interesujący uważam "Beleriand i jego królestwa" ze względu na ogromną ilość nazw geograficznych, które nic mi podczas lektury nie mówiły.

Warto także zwrócić uwagę na ponad czterdzieści pięknych ilustracji autorstwa Teda Nasmitha. Moim zdaniem są one o wiele lepsze niż te zamieszczone we „Władcy Pierścieni”.

Początkowo trudno mi było się odnaleźć wśród tak niezliczonej ilości faktów, z których chociaż część wypadałoby zapamiętać. Potem już jednak lektura „Silmarilionu” sprawiała mi tylko czystą przyjemność płynącą z możliwości głębszego poznawania mojego ulubionego świata fantasy. Polecam wszystkim fanom twórczości Tolkiena, reszta niech najpierw sięgnie po lżejszy utwór absolutnego mistrza w swojej dziedzinie.