Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą science fiction. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2012

„Pieśń czasu. Podróże” Ian R. MacLeod





Wydawca: Mag
Rok wydania: 2011
Cykl: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 498
Tytuł oryginału: Journeys. Song of Time
Rok wyd. oryginału: 2010, 2008
Ocena: 6/6






Ian R. MacLeod to pisarz, o którym mam bardzo niejednoznaczną opinię. „Wieki światła” mnie oczarowały, ale już ich kontynuacja niemile rozczarowała. Obok opowiadania z antologii „Kroki w nieznane 2010” przeszłam natomiast obojętnie. Niesamowity dar tworzenia wiarygodnych, pełnych piękna światów oraz liryczny nastrój - tego z pewnością nie mogę mu odmówić. Najnowsze dzieło jest pod tym względem bardzo bliskie doskonałości.

poniedziałek, 31 października 2011

„Gdzie wasze ciała porzucone” Philip Jose Farmer




 Wydawca: Mag 
Rok wydania: 2008; wyd. II
Typ: science fiction 
Cykl: Świat Rzeki
Liczba stron: 240
Tytuł oryginału: To Your Scattered Bodies Go
Rok wyd. oryginału: 1971
Ocena: 4/6







„Gdzie wasze ciała porzucone” otwiera najsłynniejszy cykl amerykańskiego pisarza sf i fantasy, Philipa Jose'a Farmera, zdobywcy nagrody Hugo sprzed czterdziestu laty za tę właśnie powieść. W takiej sytuacji narzuca się zawsze pytanie, czy dany utwór przetrwał bezlitosną próbę czasu?

Sir Richard Burton, dziewiętnastowieczny angielski podróżnik, pisarz i awanturnik, umiera. To jednak nie koniec a dopiero początek. Budzi się nagi i bezwłosy w dolinie nieskończenie długiej rzeki. Wraz z nim  „zmartwychwstaje” cała ludzkość, jaka kiedykolwiek zamieszkiwała ziemię - od neandertalczyków po człowieka nam współczesnego. Każdy otrzymuje dziwny cylinder zapewniający pożywienie i żadnych wskazówek, dokąd tak naprawdę trafił. By znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania, Burton postanawia wyruszyć w podróż ku źródłom Rzeki w towarzystwie niezwykłych postaci. 

Najmocniejszą stroną tej powieści jest oryginalny pomysł na wizję zaświatów. Bohaterowie sugerują, że może to być wielki eksperyment antropologiczny lub socjologiczny, prawdopodobna jest też opcja czyśćca jako drugiej szansy danej ludzkim duszom. Żadnej z tych przyczyn nie możemy być pewni i nie zdziwiłabym się, gdyby obie były błędne. Od strony technicznej świat Rzeki sprawia wrażenie dopracowanego, logicznie zbudowanego. Szczegółów jego funkcjonowania zdradzać nie będę, gdyż to właśnie dzięki samodzielnemu ich odkrywaniu „Gdzie wasze ciała porzucone” wzbudza duże zainteresowanie.

Umieszczenie w jednym miejscu ludzi ze wszystkich epok stwarza doskonałą możliwość na poznanie realiów ich życia, zwyczajów i języka od kuchni. W przypadku powieści Farmera, możliwości praktycznie niewykorzystanej. Główny bohater - rzeczywista postać historyczna nie mówi wiele o swoim życiu sprzed przebudzenia się na planecie Rzeki, podobnie jak postacie epizodyczne, Alice Liddell i Hermann Göring czy neandertalczyk Kazz.

Moim zdaniem, „Gdzie wasze ciała porzucone” przetrwało próbę czasu, choć nie w stanie idealnym. Zabrakło głębszej kreacji postaci i wartkiej akcji. W pewnym stopniu tłumaczy to niewielka objętość książki, która przypomina zaledwie wstęp do większej całości. Nieodkryte tajemnice dodatkowo zachęcają do sięgnięcia po kolejne tomy cyklu. Ja z pewnością to zrobię.

czwartek, 7 lipca 2011

„Amerykańscy bogowie” Neil Gaiman

Wydawca: Mag
Liczba stron: 608
Ocena: 2+/6


Neil Gaiman to idealny popkulturowy twórca naszych czasów - synkretyczny, łączący ogień z wodą, obdarzony anarchistyczną wyobraźnią. *

Do tej pory miałam jedynie okazję zapoznać się z „Gwiezdnym pyłem” tegoż autora i mogę to spotkanie bez wątpienia zaliczyć do udanych. Z przeczytaniem kolejnej powieści zwlekałam dość długo, aż do chwili, gdy usłyszałam o „Amerykańskich bogach”. Pomyślałam sobie, że z racji mojego zainteresowania wątkami religijnymi będzie to idealna pozycja i niestety się rozczarowałam.

Po trzech latach spędzonych w więzieniu Cień ma wyjść na wolność. Na dwa dni przed zakończeniem wyroku jego żona, Laura, ginie w wypadku samochodowym w tajemniczych okolicznościach - wszystko wskazuje na zdradę małżeńską. Wracając do domu, oszołomiony cień spotyka tajemniczego mężczyznę o imieniu Wednesday, twierdzącego, że jest uchodźcą wojennym, byłym bogiem i królem Ameryki. We dwóch wyruszają w podróż przez Stany, rozwiązując zagadkę morderstw, które co roku są w zimie popełniane w małym amerykańskim miasteczku. Ale za nimi podąża ktoś, z kim Cień musi zawrzeć pokój...

Powyższy opis tylko w niewielkim stopniu oddaje prawdziwy charakter książki. Jest to utwór złożony i wielowątkowy. Prezentuje intrygującą wizję dotyczącą tego, co się dzieje z zapomnianymi przez ludzi bogami. Nie można jej odmówić osobliwości a także rzadko spotykanej ostatnio oryginalności. Jest to powieść niepokojąca, jedna z tych, którym nie możemy udowodnić, że są nieprawdziwe. Nieprawdopodobne - owszem, ale nie niemożliwe. Spodobała mi się niepewność towarzysząca każdej kolejnej stronie, dzięki której nie miałam ochoty odrywać się od lektury.

Mimo wielu ciekawych rozwiązań, nie mogę ocenić „Amerykańskich bogów” dobrze. Głównie ze względu na wspomnianą wizję bogów. Jestem przyzwyczajona do tradycyjnego, spotykanego w wielu książkach obrazu i bardzo go sobie cenię. Bez wątpienia świeże i innowacyjne spojrzenie autora mi nie odpowiada. Odziera bogów z tajemniczości, za bardzo przybliża ich do człowieka. Moim zdaniem, powieść Gaimana jest też zbyt długa, bez żadnej szkody można by ją skrócić. Jak na 600 stron występuje zbyt mało akcji. Do dalszego czytanie zachęcały mnie tylko spotykane na każdej stronie niezwykłości.

Obiektywnie nie jest to książka zła, a wręcz bardzo dobra, dlatego ją polecam. Mi jednak nie przypadła do gustu.
___________
Jutro wyjeżdżam nad morze, wracam 17 lipca. Nie będę mogła w tym czasie odwiedzać Waszych blogów, ale jak tylko wrócę, na pewno wszystko nadrobię.

sobota, 21 maja 2011

„Droga” Cormac McCarthy

Wydawca: WL
Liczba stron: 268
Ocena: 5/6


Cormac McCarthy to znany, amerykański powieściopisarz, laureat kilku nagród, w tym Pulitzera właśnie za książkę „Droga”. Pomimo ekranizacji i dużej popularności obu tych dzieł, przez długi czas nie była mi znana. Kojarzyłam za to inne powieści McCarthy'ego, choć żadnej nie przeczytałam. Jestem pewna, że wkrótce się to zmieni, gdyż „Droga” w osobliwy sposób zaprzątnęła moje myśli. 

Świat po straszliwej katastrofie. Większość żywych stworzeń zniknęła z powierzchni ziemi. Morza i oceany utraciły swój błękit. Wszechobecne zimno i ciemność. Bandy kanibali przemierzają zgliszcza miast. Wydaje się, że to jedyna droga do przetrwania. Bezimienni mężczyzna i chłopiec, mimo beznadziejnej sytuacji, pozostają wierni ostatniej zasadzie czyniącej ich ludźmi i podejmują wędrówkę w nieznane.

„Droga” to powieść, która wzbudza wiele emocji. Początkowe niedowierzanie, szok i przerażenie zmieniają się w uczucie beznadziejności i przygnębienia. Czytelnik ma nadzieję, że los bohaterów się odmieni, oczekuje na szczęśliwy koniec wędrówki, ale podświadomie przeczuwa, że to niemożliwe. Czytałam w słoneczny dzień i z każdą kolejną stroną miałam coraz większą rzucić książkę w kąt, zapomnieć. Ale to nie takie łatwe. „Droga” zmusza do refleksji nad człowieczeństwem i końcem świata, który przecież  z pewnością kiedyś nastąpi. Sprawia także, że zaczynamy doceniać to, w jak dobrych warunkach żyjemy.

„Droga” została napisana w nieco odbiegający od standardów sposób. Nie ma rozdziałów, akapity są bardzo krótkie a dialogi nieakcentowane. Mężczyzna i chłopiec pozostają anonimowi. Rozmowy między nimi ściskają  za serce swoją prostotą i szczerością. Fabuła natomiast trochę rozczarowuje. Nie dowiadujemy się niczego o samej katastrofie, wędrówka jest dość monotonna, a ostatnie strony, choć wzruszające, pozostawiają niedosyt. Na długo w pamięć zapada za to oszczędny, ale plastyczny język. Zadziwiające, że można tak pięknie opisać chylący się ku upadkowi świat.

Polecam!

czwartek, 24 marca 2011

„Córka łupieżcy” Jacek Dukaj

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 136
Ocena: 4+/6


To moje pierwsze spotkanie z polską literaturą science fiction i jednocześnie z uważanym za jednego z najciekawszych rodzimych pisarzy, Jackiem Dukajem. Lepszego wyboru dokonać chyba nie mogłam. Jeśli faktycznie „Córka łupieżcy” jest jedną z mniej udanych powieści, to nie mogę się doczekać, aż w moje łapki trafią inne jego teksty.

Czarnobrody grubas z małą dziewczynką na ramionach - wędrowali tymi alejami, pokazywał jej, nierozumiejącej, posągi nieludzkie i domy hermetyczne, zakazane pisma, niewidzialne malunki, straszne krajobrazy wszechświata. Jest już pewna, że tak było, być musiało, sny ostatecznym dowodem. Najbardziej zdradziecka ze wszystkich - archeologia pamięci. 

Trudna w odbiorze, intrygująca. To określenia, które moim zdaniem najtrafniej charakteryzują tą mikropowieść. Dukaj specjalnie na potrzeby wymyślonej przez siebie futurystycznej wizji świata stworzył nowe słowa, których wyjaśnienie pozostawił czytelnikowi, dając mu jednak przy tym kilka wskazówek. Nie opisuje także we wstępie miejsca akcji. Krótko mówiąc, odbiorca zostaje rzucony na głęboką wodę. Po niełatwym do zrozumienia początku może już jednak w pełni cieszyć się interesującą, odrobinę niepokojącą wizją wcale nie tak dalekiej przyszłości.

Sto trzydzieści stron to niewiele miejsca na stworzenie zapadającego w pamięć dzieła, ale dzięki skondensowanym opisom i dynamicznej akcji pełnej nieoczekiwanych zwrotów akcji, „Córce łupieżcy” udało się to osiągnąć. Pozostało jednak pewne uczucie niedosytu i chęć dokładniejszego poznania Miasta - odbicia wszystkich miast kiedykolwiek zbudowanych przez ludzi i inne, nieznane nam istoty.

Dzięki tej mikropowieści odzyskałam nieco wiarę w polskich pisarzy i mam nadzieję, że nigdy jej już nie stracę, bo inaczej mogłabym przeoczyć takie niebanalne powieści, jak ta.

sobota, 15 stycznia 2011

„Kroki w nieznane 2010”, antologia

Wydawca: Solaris; 2010
Liczba stron: 586
Ocena: 4+/6


„Kroki w nieznane 2010” to już szóste wydanie, reaktywowanej po niemal trzydziestoletniej przerwie, jedynej na polskim rynku cyklicznej antologii zagranicznej fantastyki. Zredagowane po raz trzeci przez Mirka Obarskiego prezentuje utwory poruszające tematykę genetyki, religii i rozwoju sztucznej inteligencji, urozmaicone o etyczne rozważania oraz zaskakujące uczuciowe relacje między bohaterami. Jest ich zaledwie jedenaście, ale w przeciwieństwie do poprzednich edycji są to w większości teksty długie. 

Antologię rozpoczyna króciutkie, bo zaledwie 24-stronicowe opowiadanie Petera Wattsa, które prozę miałam okazję poznać, czytając „Ślepowidzenie” - znakomitą opowieść o pierwszym kontakcie ludzi z obcymi. W „Rzeczach” autor tworzy równie zaskakujący obraz istoty pozaziemskiej, i co ciekawe, to z jej perspektywy prowadzona jest narracja. Bardzo sugestywny, intrygujący utwór. Oby było takich więcej.

Kolejnym opowiadaniem („Betonowa dżungla” Charlesa Strossa) się natomiast rozczarowałam. Zaczęło się nieźle, ale potem było już tylko gorzej. Sensacyjna fabuła, zabarwiona humorem w konwencji urban fantasy niestety do mnie nie przemawia. Liczę, że czekające na półce „Accelerando” trafi jednak w mój gust.

Do mniej udanych tekstów mogę zaliczyć także „Me-gi-do” Julii Zonis, jedynej reprezentantki wschodniej fantastyki. Miałam wrażenie, że autorka na siłę chciała zmieścić jak najwięcej treści w jak najkrótszej formie i niestety zabieg ten jej się nie udał. Gdy dodamy do tego naiwnego bohatera, którego nie ratuje nawet szlachetny uczynek w końcowej części, powstanie nam utwór, który bez żalu mogłam sobie odpuścić.

Bardzo przyjemnie czytało mi się za to opowiadania pozostałej dwójki debiutantów (Julia Zonis również do nich należy) na polskim rynku. „Mrożona panna młoda” Willa McIntosha zachwyca oryginalnym pomysłem. Autor wykorzystuje w niej wnioski zdobyte podczas badań dotyczących randek on-line, z tym że akcję utworu umiejscawia w dalekiej przyszłości, w magazynie trupów czekających na wskrzeszenie. „Warunkowana miłość” Felicity Shoulders to natomiast jeden z poważniejszych utworów w tym zbiorze. Przykład dojrzałego science fiction omawiającego nieprzyjemne skutki prowadzenia eksperymentów nad ludzkimi genami.

W zbiorze znalazło się także miejsce dla tekstów rozrywkowych, choć nie pozbawionych głębszego sensu. Rachel Swirsky w „Eros, filia, agape” zastanawia się, czy odpowiednio zaprogramowany robot jest w stanie zastąpić prawdziwego męża i ojca. „Boże napędy” Johna Scalziego to religijna space opera z zaskakującym i nieco pesymistycznym zakończeniem, a utwór Iana McDonalda: „Wisznu w Kocim Cyrku” zachwycił mnie barwną i przede wszystkim poruszającą wizją przyszłości Indii. Mam nadzieję, że „Rzeka bogów”, osadzona w tym samym uniwersum, będzie równie interesującym rozwinięciem pomysłu autora, ale i zaskoczy mnie czymś zupełnie nowym.

Dość dobrymi, ale nie tak porywającymi, jak tego oczekiwałam, okazały się być utwory: Iana R. MacLeoda - autora lirycznych „Wieków świateł” i ich niezłej kontynuacji; a także Teda Kosmatki, amerykańskiego pisarza zdobywającego coraz większą popularność. „Feralna sztuka” rozgrywa się podczas II wojny światowej i przedstawia spotkanie szczęścia z pechem pod postacią pilota RAF-u i dziewczyny pracującej w kuchni polowej. Pomysł był dobry, ale w samym wykonaniu czegoś mi zabrakło. „Boża Maszyneria” - najmniej pozostający w pamięci utwór tej antologii. Początek mnie zaintrygował, ale dalsza część sprawiała dość niepozorne wrażenie. Mam nadzieję, że to tylko taki jednorazowy spadek formy, a inne opowiadania Kosmatki są znacznie lepsze.

Bardzo wiele oczekiwałam od prozy Teda Chianga i nie zawiodłam się. Zaprezentowany w zbiorze „Cykl życia oprogramowania” czyta się wspaniale. Pomysł nie jest szczególnie oryginalny, ale autor patrzy na niego z odmiennej perspektywy i odkrywa przed czytelnikiem zupełnie świeże spojrzenie na poruszaną tematykę. Świetny styl i wciągający przebieg wydarzeń jeszcze bardziej uatrakcyjniają lekturę tego znakomitego utworu. Z niecierpliwością oczekuję paczki ze zbiorem wszystkich opowiadań Chianga.

Moje pierwsze spotkanie z antologią światowej fantastyki uważam za bardzo udane. Co prawda nie wszystkie utwory przypadły mi do gustu, ale dla tych kilku perełek z pewnością warto było po nią sięgnąć. Pozostaje mi tylko czekać na premierę kolejnego tomu „Kroków w nieznane”, a w międzyczasie zapoznać się z zawartością poprzednich edycji.

niedziela, 26 grudnia 2010

„Radio Darwina” Greg Bear

Wydawca: Solaris, 2009
Liczba stron: 504
Ocena: 5/6


Jesteśmy przyzwyczajeni do świadomości, że znajdujemy się na najwyższym szczeblu ewolucyjnej drabiny. Z takiego myślenia wypływa jednak błędne założenie, że ewolucja się zatrzymała. Prawdą jest, że nie spoczęła na laurach po dobrze wykonanym zadaniu, ale stale postępuje i być może kiedyś ludzkość stanie przed kolejną, olbrzymią zmianą. Zdaniem autora „Radia Darwina” stanie się to już w ciągu najbliższych kilku lat. Pozostaje więc zadać tylko pytanie, jak na nią zareagujemy?

Paleontolog, Mitch Rafelson odkrywa w Alpach spoczywające w jaskini od dziesiątków tysięcy lat ciała rodziny neandertalczyków. W tym samym czasie biolog molekularna, Kaye Lang trafia na miejsce gruzińskiej masakry sprzed kilku lat w celu zbadania ciał ciężarnych kobiet pochowanych w zbiorowej mogile. Wraz z rozwojem akcji okazuje się, że oba te wydarzenia mają ze sobą coś wspólnego. Po kilku miesiącach wybucha ogólnoświatowa epidemia tzw. grypy Heroda powodującej poronienia u wszystkich zarażonych kobiet. Specjalnie powołany zespół kryzysowy koncentruje się na wyeliminowaniu zagrożenia.

Największą zaletą „Radia Darwina” jest niewątpliwie bardzo rzetelnie przedstawiony aspekt naukowy powieści. Wiedza współczesnych naukowców na temat wirusów endogennych ogranicza się do minimum, co pozwala autorowi na niemal dowolne spekulacje w tej dziedzinie. Bear podkreśla jednak, że starał się nie przekraczać granic prawdopodobieństwa. Powieść ta pokazuje jak cienka może być linia oddzielająca fikcję literacką od tekstu popularnonaukowego. Stosowanie koniecznej w tym przypadku fachowej terminologii oraz prawdziwych nazw ośrodków badawczych, a także rozmieszczenie wydarzeń na przestrzeni kilkunastu miesięcy nadaje tej powieści dodatkowej realności.

Narracja w „Radiu Darwina” jest prowadzona z punktu widzenia kilku osób. Postać Kaye Lang odsłania przed czytelnikiem sposób postrzegania świata przez naukowca, jego ogromny głód wiedzy i pragnienie osiągnięcia sukcesu. Mark Augustine kierujący Zespołem Specjalnym przybliża natomiast bardziej polityczną stronę nauki: chęć jak najszybszego wyeliminowania zagrożenia z niej wynikającego, bez chwili zastanowienia się, czy na pewno jest tym, na co wygląda. Do bohaterów prowadzących narrację należy także Mitch Rafelson, któremu własne przekonania zniszczyły obiecującą karierę oraz Christopher Dicken - poświęcony swojej pracy do tego stopnia, że zapomina o jakimkolwiek życiu poza nią. 

Jedyne, co mogę zarzucić tej książce to pojawiające się czasem irytujące błędy w korekcie oraz suchy, pozbawiony ozdobników styl, po którym można wywnioskować, że Bear zdecydowanie jest umysłem ścisłym a nie humanistą.  

„Radio Darwina” to znakomite połączenie thrillera z naukowymi spekulacjami urozmaicone o życie naukowców i reakcję ludzi na wielki skok ewolucyjny. Prawdziwe science fiction z naciskiem na pierwszą część nazwy. W 1999 zostało laureatem nagrody Nebula i moim zdaniem jest to w pełni zasłużone wyróżnienie. Polecam!

sobota, 20 listopada 2010

„Podziemia Veniss” Jeff VanderMeer

 
Wydawca: Mag; 2009
Seria: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 240
Ocena: 5/6


Gdy mam ochotę przeczytać jakąś ambitniejszą powieść, która z niemal stuprocentową pewnością mnie nie rozczaruje, to mój wzrok natychmiast pada na półkę z pięknie się prezentującą i do tego fenomenalną pod względem treści serię: Uczta Wyobraźni. Tym razem moje spojrzenie zatrzymało się na „Podziemiach Veniss” Jeffa VanderMeera, autora m.in. „Miasta Szaleńców i Świętych”.

Jestem pod ogromnym wrażeniem antyutopijnej wizji świata wymyślonego przez autora. Wizji pięknej i fascynującej, ale jednocześnie przywodzącej na myśl sceny z sennego koszmaru. VanderMeerowi udało się osiągnąć taką oniryczną atmosferę dzięki nieprzeciętnej umiejętności tworzenia zapadających głęboko w pamięć, surrealistycznych obrazów. Umiejscowienie akcji powieści w bliżej nieokreślonej przyszłości i równoczesny brak opisania mechanizmów funkcjonowania tego wysoko rozwiniętego technologicznie świata dodatkowo podkreślają ten wyjątkowy nastrój. Nieznajomość granic możliwości dopiero co poznanej cywilizacji wywołała we mnie dużą ciekawość i chęć poznania, jakim zaskoczeniem okażą się kolejne strony.

To właśnie wyżej wspomniana wizja odgrywa najistotniejszą rolę w tym utworze. Odniosłam wrażenie, że fabuła została skonstruowana po to, by towarzysząc bohaterom, autor mógł kawałek po kawałku odkrywać tajemnice wymyślonego przezeń miasta i jego wywołujących niepokój podziemi. Nie zdradza jednak wszystkich szczegółów, czym pozostawia pole do popisu dla wyobraźni czytelnika. Inspiracją do tych dość skromnych pod względem ilości wydarzeń był mit o Orfeuszu i Eurydyce. Nie jest to jednak wierne odwzorowanie tej opowieści, a raczej wykorzystanie kilku w miarę rozpoznawalnych scen. VanderMeer wzbogacił je umiejętnie wplecionymi w tekst przemyśleniami bohaterów, które w połączeniu z resztą elementów powieści, wywołały we mnie potrzebę głębokiej refleksji nad istotą człowieczeństwa i granicami rozwoju nauki. Do najbardziej sugestywnych fragmentów mogę zaliczyć część drugą, w której autor mistrzowsko zastosował narrację prowadzoną w drugiej osobie. Dzięki takiemu zabiegowi literackiemu miałam nieodparte wrażenie, że należę do świata wykreowanego przez VanderMeera, a wydarzenia przez niego opisane dotyczą właśnie mnie.

Oprócz tytułowej powieści, niniejsza książka zawiera także posłowie, w którym autor przedstawia przyczynę wyboru takiej a nie innej drogi życiowej przez kluczowego bohatera „Podziemii Veniss” , a także genezę powstania i pracy nad konstrukcją całego utworu. Zamieszczona jest w niej również krótka nowela, o której wyrobiłam sobie tak samo dobrą opinię. Jej fabuła jest umiejscowiona w nieokreślonej przyszłości świata opisanego w powieści i w przeciwieństwie do niej charakteryzuje się przewagą akcji, co nie oznacza jednak, że wizja cokolwiek na tym straciła. Polecam! 

poniedziałek, 28 czerwca 2010

„Listy z Hadesu. Punktown” Jeffrey Thomas

Wydawca: Mag; 2009
Seria: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 400
Ocena: 4+/6


Zastanawialiście się kiedyś, co czeka was po śmierci? Jak będziecie się czuć, jeśli traficie do piekła, z którego nie ma żadnej drogi ucieczki? Przed taką problematyką został postawiony główny bohater krótkiej powieści Jeffreya Thomasa pt. „Listy z Hadesu”. Decydując się na popełnienie samobójstwa, Dan Alighieri miał nadzieję, że wraz z odejściem ze świata żywych, zakończą się jego cierpienia. Nie zdawał sobie jednak sprawy, w jak wielkim był błędzie. Został bowiem zesłany do krainy potępionych, podobnie jak mordercy, złodzieje itp. a także wszyscy ludzie niewierzący w życie, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa (nawet ci, którzy nie mieli innego wyboru, ponieważ żyli jeszcze przed Jego narodzeniem).

Pierwsza część książki tego amerykańskiego pisarza to prawie dwustu stronicowa powieść, której największym atutem jest przedstawienie wizji piekła - przerażającego, odzwierciedlającego ludzkie koszmary, ale jednocześnie bardzo ludzkiego. Pozycje wydawane w Uczcie Wyobraźni przyzwyczaiły mnie do bardzo wysokiego poziomu języka, jakim posługują się autorzy. Tak jest i tutaj. Styl pisania Thomasa urzeka swoją pozorną prostotą i niczym szczególnym się nie wyróżnia, ale mimo to przepaść, jaka dzieli go od stylu powieści młodzieżowych, jest ogromna. Warto także wspomnieć o oryginalnych pomysłach na rzeczywistość w piekle i plastyczne opisy, bez których nie działałyby one w tak dużym stopniu na wyobraźnię czytelnika. Dobrym przykładem jest np. pole zastygłej lawy a w niej zatopieni po samą szyję potępieni, których głowy są regularnie ścinane przez żniwiarkę (po jakimś czasie odrastają, ponownie są oddzielane od reszty ciała i tak koło się zamyka).

Powieść Thomasa została napisana w formie dziennika, dlatego występuje w niej narracja pierwszoosobowa. Na ogół bywa to irytujące, ale na szczęście nie w tym przypadku. Do momentu, gdy autor skupiał się na opisach i budowaniu odpowiedniej atmosfery, byłam oczarowana (oryginalnością i językiem, bo samo piekło mnie nieco przerażało i za nic w świecie nie chciałabym tam trafić; chyba że jako obserwator, by potem mieć z tego materiał na książkę), ale długo za połową powieści, gdy akcja nabrała tempa, czar prysł. Fabuła zaczęła sprawiać wrażenie banalnej, dobrej jedynie dla fantasy z niskiej półki. Doszłam wtedy do wniosku, że jak na Ucztę Wyobraźni, to Thomas zaoferował swoim czytelnikom zbyt mało.

Druga część książki Jeffreya Thomasa to zbiór osiemnastu opowiadań niepowiązanych ze sobą fabularnie, których akcja toczy się w mieście na planecie Oaza - Paxton, przez mieszkańców nazywane tytułowym Punktown. Zamieszkują go ludzie, przedstawiciele obcych cywilizacji, klony, roboty i mutanty. Dzięki takiemu zestawieniu teksty Thomasa zadziwiają swoją oryginalnością. Tematem rozważań są wewnętrzne przeżycia bohaterów, analiza przyczyn przeróżnych ludzkich zachowań, dlatego miłośnicy szybkiej akcji mogą czuć się zawiedzeni. Trudno mi wybrać najlepszy utwór, ponieważ niemal każdy mnie czymś zaintrygował i zmusił do myślenia. Największe wrażenie zrobiły jednak na mnie te, które ukazywały różnice kulturowe oraz zachowania ludzi prowadzącego do tragicznego finału.

To było już moje piąte spotkanie z twórczością pisarzy publikowanych w Uczcie Wyobraźni i na tym tle teksty Thomasa wypadają odrobinę blado. Nie porównując jednak do innych utworów serii, jest to naprawdę dobra, interesująca książka, która może usatysfakcjonować dużą grupę czytelników. Polecam!