Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. polska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lit. polska. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 stycznia 2012

„Czerń” Maja Lidia Kossakowska





Wydawca: Fabryka Słów
Rok wydania: 2009
Cykl: Upiór Południa
Liczba stron: 240
Tytuł oryginału: -
Rok wyd. oryginału: -
Ocena: 5/6







Afryka jest nazywana kolebką ludzkości, na jej terenach odkryto najstarsze ludzkie szczątki, tam również powstała jedna z pierwszych wielkich cywilizacji. W dzisiejszych czasach kontynent ten nieustannie nękają konflikty zbrojne, głód i choroby. Maja Lidia Kossakowska, polska pisarka fantasy, autorka m.in. „Siewcy wiatru” dorzuciła do tego magię, afrykańskich bogów i duchy, tworząc unikatowe, niewątpliwie warte uwagi dzieło. 

Na pustej, pokrytej pyłem drodze dochodzi do tragicznego wypadku. Jacek Wilczyński, reporter z Europy, jako jedyny uchodzi z niego z życiem. Wraca do domu, gdzie poddaje się leczeniu psychiatrycznemu. Pozornie zdrowy, żeni się z wesołą, uroczą dziewczyną. W trakcje uroczystości zaślubin niespodziewanie zjawia się jego dawny przyjaciel - zmarły kilka lat wcześniej. Prawdziwy upiór, czy tylko wytwór chorej wyobraźni? Jacek leci do afrykańskiego miasta Lagos, by rozliczyć się z niedającą mu spokoju przeszłością.

Istotą książki Kossakowskiej jest orisza wojny - bóstwo, które do przeżycia potrzebuje rozlewu ludzkiej krwi. „Nie tylko ludzie głodują w Afryce. Oni potrzebują krwi. Ludzkiej krwi. Nic ich tak nie odżywia, nie odmładza. [...] To główny powód, dla którego Afryka płonie.” - wyjaśnia babalawo*. Autorka przywołuje obrazy żywcem wzięte z koszmarnego snu. Masakry niewinnej ludności ze świata rzeczywistego przeplatają się z nadprzyrodzonymi wizjami ogarniętego żądzą mordu boga. Sugestywny język, zmienne tempo akcji sprawiają, że jest to lektura niezwykle intensywna, pełna wrażeń i emocji. Trudno się od niej oderwać. Uwagę przykuwa także bardzo ładna okładka, stylizowana na zniszczoną. Zbyt dosłowne i zupełnie niepotrzebne są za to ilustracje wewnątrz książki.

Fenomenalny klimat, nieskomplikowana fabuła i skondensowana forma to największe atuty tej powieści. Początkowo nie planowałam zakupu kolejnych tomów ze względu na dość wygórowaną cenę, ale obawiam się, że nie uda mi się powstrzymać przed ich przeczytaniem. Polecam!

* kapłan systemu Ifá, wyroczni afrykańskiej

sobota, 10 września 2011

„Eremanta” Joanna Skalska

Wydawca: Powergraph
Liczna stron: 288
Ocena: 2/6


Gdy już udało mi się pozbyć uprzedzeń do książek polskich autorów natknęłam się na powieść tak przeciętną, że zaczynam myśleć, iż moja niezbyt dobra opinia o nich nie była bezpodstawna.

Co łączy współczesną Anglię i skrytą wśród gór przeklętą wioskę w nienazwanym kraju? Co wspólnego mają listy, opowiadające o spotkaniu sprzed lat i tajemnicza książka, odnaleziona w hiszpańskim antykwariacie? Co przyciąga do siebie Magdę, polską tłumaczkę i bezimiennego nieznajomego, który pojawił się u niej na przyjęciu i nie chce jej opuścić?

Moim skromnym zdaniem odpowiedź na pierwsze dwa pytania brzmi: „nic”, a na trzecie, choć się starałam, nie udało mi się znaleźć żadnego satysfakcjonującego wyjaśnienia. Jednym z wątków powieści są losy mieszkańców wioski, pozbawionych głosu na skutek klątwy. Brzmi interesująco. Od razu nasunęły mi się pytania typu: co złego uczynili, czy jest jakiś sposób na zdjęcie klątwy? W praktyce jednak wątek ten nie porywa, a zachowanie niemych bohaterów jest nie do zniesienia. Zdziwiło mnie to, bo generalnie lubię ciszę. Wydarzenia opisujące teraźniejszość z perspektywy polskiej tłumaczki mieszkającej w pod londyńskiej willi zdają się być ciekawsze, ale nie na tyle, bym nie mogła oderwać się od lektury. W każdej książce staram się znaleźć jakąś wyróżniającą ją pozytywną cechę, ale tutaj nie dopatrzyłam się żadnego takiego elementu.

Mam wrażenie, że gdyby autorka oddzieliła od siebie oba wątki i je rozbudowała, czytelnik otrzymałby przyjemną obyczajówkę i intrygującą powieść historyczną. Na niecałych 300 stronach nie łatwo jest bowiem je połączyć. Joannie Skalskiej się ta trudna sztuka nie udała.

piątek, 8 kwietnia 2011

„Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe” Robert M. Wegner

Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 576
Ocena: 5/6


Przez długi czas byłam bardzo uprzedzona do książek polskich pisarzy. Do tego stopnia, że nie zawracałam sobie głowy chociażby przeczytaniem opisu z tylnej okładki. Kilka naprawdę dobrych powieści diametralnie to jednak zmieniło. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to właśnie jedna z nich.

Książka została podzielona na dwie części: tytułową Północ i Południe. Pierwsza z nich przedstawia losy porucznika Kennetha-lyw-Darawyta oraz jego żołnierzy z Szóstej Kompanii Górskiej Straży. Główną rolę odgrywają tutaj opisy bitew, zasadzki i polityczne intrygi. Jak na ironię, opowiadanie, po którym z racji zdobycia nagrody Zajdla oczekiwałam najwięcej, okazało się w otoczeniu innych tylko dobre. Druga część,  która nawiasem mówiąc bardziej trafiła w mój gust, to historia młodego wojownika o imieniu Yatech, należącego do plemienia Issaram, którego najważniejszym zwyczajem jest  całkowite zakrywanie twarzy przed wszystkimi obcymi. Jeśli ktoś mimo to ją zobaczy, do świtu musi zginąć. 

Wegnerowi tak niesamowicie wychodzi pisanie, że nie sposób oderwać się od lektury. Choć opisy miejsc są dość oszczędne, a natłok nazw własnych ogromny, to wszystkie zdarzenia odbijały się w mojej wyobraźni barwnymi obrazami. I to tak, że nadal doskonale je pamiętam. W pierwszej części akcja nie zwalnia ani na chwilę. Bitwy z udziałem tysięcy żołnierzy na ogół mnie nudzą, ale w tym przypadku dałam się porwać i sama nie wiem kiedy, znalazłam się na ostatniej stronie opowiadania. Druga część jest już tym, co najbardziej w fantasy lubię. Mamy tu nietuzinkowego bohatera pochodzącego z wymyślonej przez autora, niezwykle intrygującej kultury. Magia, wierzenia ludów są istotną częścią tego świata, ale nie odkrywają przed czytelnikiem wszystkich swoich tajemnic. Fabuła natomiast w momentach spokojnych jest równie pasjonująca, co w szybkich dzięki zastosowanym przez Wegnera efektownym eksperymentom z narracją. Nie brakuje także prawdziwych, głębokich emocji towarzyszącym lekturze tej zadziwiająco dobrej książki.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jeśli kolejne powieści Wegnera utrzymają poziom „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to będą śmiało mogły konkurować z najlepszą chyba polską sagą fantasy, „Wiedźminem” Andrzeja Sapkowskiego. Ja tymczasem zastanawiam się nad zakupem drugiej części: „Wschód-Zachód”.

Gorąco polecam!

czwartek, 24 marca 2011

„Córka łupieżcy” Jacek Dukaj

Wydawnictwo: Literackie
Liczba stron: 136
Ocena: 4+/6


To moje pierwsze spotkanie z polską literaturą science fiction i jednocześnie z uważanym za jednego z najciekawszych rodzimych pisarzy, Jackiem Dukajem. Lepszego wyboru dokonać chyba nie mogłam. Jeśli faktycznie „Córka łupieżcy” jest jedną z mniej udanych powieści, to nie mogę się doczekać, aż w moje łapki trafią inne jego teksty.

Czarnobrody grubas z małą dziewczynką na ramionach - wędrowali tymi alejami, pokazywał jej, nierozumiejącej, posągi nieludzkie i domy hermetyczne, zakazane pisma, niewidzialne malunki, straszne krajobrazy wszechświata. Jest już pewna, że tak było, być musiało, sny ostatecznym dowodem. Najbardziej zdradziecka ze wszystkich - archeologia pamięci. 

Trudna w odbiorze, intrygująca. To określenia, które moim zdaniem najtrafniej charakteryzują tą mikropowieść. Dukaj specjalnie na potrzeby wymyślonej przez siebie futurystycznej wizji świata stworzył nowe słowa, których wyjaśnienie pozostawił czytelnikowi, dając mu jednak przy tym kilka wskazówek. Nie opisuje także we wstępie miejsca akcji. Krótko mówiąc, odbiorca zostaje rzucony na głęboką wodę. Po niełatwym do zrozumienia początku może już jednak w pełni cieszyć się interesującą, odrobinę niepokojącą wizją wcale nie tak dalekiej przyszłości.

Sto trzydzieści stron to niewiele miejsca na stworzenie zapadającego w pamięć dzieła, ale dzięki skondensowanym opisom i dynamicznej akcji pełnej nieoczekiwanych zwrotów akcji, „Córce łupieżcy” udało się to osiągnąć. Pozostało jednak pewne uczucie niedosytu i chęć dokładniejszego poznania Miasta - odbicia wszystkich miast kiedykolwiek zbudowanych przez ludzi i inne, nieznane nam istoty.

Dzięki tej mikropowieści odzyskałam nieco wiarę w polskich pisarzy i mam nadzieję, że nigdy jej już nie stracę, bo inaczej mogłabym przeoczyć takie niebanalne powieści, jak ta.

sobota, 19 lutego 2011

„Cukiernia pod Amorem. Zajezierscy” Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 472
Ocena: 3/6


Pierwszy tom sagi rodzinnej autorstwa Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk zbiera same pochlebne opinie na blogach z recenzjami, więc i ja postanowiłam wstąpić w progi tej osławionej cukierni i przekonać się, czy oferowane słodkości są rzeczywiście takie pyszne. 

Podczas wykopalisk na rynku w Gutowie archeolodzy dokonują niezwykłego odkrycia. Wzbudza ono zainteresowanie córki właściciela cukierni pod Amorem. Czy Iga rozwikła dawną, rodzinną tajemnicę? Czy przepowiednia sprzed wieków naprawdę się spełniła? W poszukiwaniu odpowiedzi prześledzimy fascynującą historię rozkwitu i upadku jednego z najświetniejszych mazowieckich rodów.

Rzadko kiedy mam do czynienia z sagami rodzinnymi, bo jeśli faktycznie są napisane z dbałością o szczegóły i nie wykraczają poza linię dzielącą prawdopodobne wydarzenia od fikcji, to moim zdaniem mogłyby zaciekawić tylko ludzi blisko związanych z opisywaną historią. W „Cukierni pod Amorem” zabrakło mi choćby jednego, wyróżniającego się bohatera o niebanalnych poglądach na życie. Gdy tylko zaciekawił mnie jakiś wątek, kończył się rozdział, a akcja przeskakiwała w czasie lub na następnego bohatera i moje chwilowe zainteresowanie natychmiastowo malało. Będę szczera - nie zachwyciłam się tą powieścią i naprawdę pojąć nie mogę, dlaczego wszyscy są nią tak bardzo zauroczeni.

Pozytywne wrażenie zrobiła na mnie natomiast ogólna atmosfera książki: urocze opisy XIX-wiecznych dworków, jedzenia, strojów i codziennego życia przedstawione za pomocą bogatego, stylizowanego języka Małgorzaty Gutowskiej-Adamczyk. Irytowały mnie jednakże dialogi prowadzone w obcych językach.

Ostatnie strony niemile mnie zaskoczyły. Jak można tak po prostu przerwać książkę bez doprowadzenia do końca chociażby jednego z wątków? Nie tłumaczy tego nawet fakt, iż „Zajezierscy” to dopiero pierwszy tom trylogii. Po następne części sięgnę z nadzieją, że nie skończą się w tak nieodpowiednim momencie. 

niedziela, 26 września 2010

„Zagadki z przeszłości” Agnieszka Herman

 
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Seria: "Na ścieżkach nauki"
Liczba stron: 144
Ocena: 3/6


Naukami ścisłymi interesowałam się od dziecka. Początkowo przeglądałam encyklopedie dla dzieci, a potem czytałam artykuły w internecie. W szkole podstawowej moim ulubionym przedmiotem była przyroda, a w gimnazjum biologia i chemia. W związku z tym byłam niezmiernie szczęśliwa, gdy natrafiłam na serię wydawniczą "Na ścieżkach nauki", która od razu zwróciła moją uwagę. Zaraz po odebraniu przesyłki z dwoma tomami zabrałam się za cieńszą z nich: „Zagadki z przeszłości” Agnieszki Herman.

Obecnie wyróżnia się całe mnóstwo gatunków i podgatunków kopalnych zwierząt. W przypadku niektórych zn ich nauce dostępne są jedynie fragmentaryczne kości palców lub pojedyncze zęby. Czy rzeczywiście od analizy kilku zębów australopiteka do teorii o jego życiu rodzinnym wiedzie droga wolna od bezpodstawnych wniosków? To trochę jak układanie puzzli, gdy nie ma się bladego pojęcia, co przedstawia obraz, z którego je wycięto. Tysiące kolorowych kawałeczków i żadnej wskazówki. Wyobraźmy sobie, że z wielu tysięcy mamy przed sobą tylko dziesięć losowo wybranych kawałków. Niestety w momencie, kiedy wydaje nam się, że wiemy, co przedstawia obraz, ktoś znajduje pod stołem jedenasty kawałek, który złośliwie zupełnie nie pasuje do naszej koncepcji.

Muszę przyznać, że jeszcze przed rozpoczęciem lektury miałam spore obawy, czy moja stosunkowo niewielka wiedza z racji wieku, okaże się wystarczająca, by przebrnąć przez tą co prawda popularną, ale mimo wszystko naukową publikację. Typowe dla tego gatunku częste używanie fachowej terminologii oraz brak fabuły nie stały się jednak dla mnie przeszkodą nie do pokonania ze względu na zrozumiałe wyjaśnienia. Bardzo rzetelny i nierzadko humorystyczny sposób przedstawienia masy, wydawałoby się suchych faktów, sprawił, że pod względem "wciągnięcia" dorównuje ona dowolnej powieści posiadającej linię fabularną. Wydana na początku ubiegłego roku stanowi zbiór, zebranych z zagranicznych książek naukowych oraz artykułów opublikowanych w prasie specjalistycznej, najnowszych odkryć z dziedziny paleoantropologii wzbogaconych o zabawne anegdoty i tabelki zawierające wszystkie opisywane gatunki ukazane w porządku chronologicznym. Za wady tej książki mogę uznać jedynie jej niewielką objętość, przez co po skończeniu lektury, czułam pewien niedosyt. Szkoda również, że pozycja ta nie została zaopatrzona w ilustracje, które z pewnością urozmaiciłyby jej znakomitą treść.

Nie jestem w stanie dodać już nic więcej na temat „Zagadek z przeszłości”, ponieważ nie jestem przyzwyczajona do recenzowania książek bez fabuły czy bohaterów. Powiem jeszcze tylko, że cała ta seria zapowiada się na moje czytelnicze odkrycie tego roku i już wkrótce zamierzam sięgnąć po inne tego typu publikacje.

czwartek, 12 sierpnia 2010

„Rio anaconda" Wojciech Cejrowski

 
Wydawca: Zysk i S-KA
Seria: Biblioteka Poznaj Świat
Liczba stron: 435
Ocena: 6/6


Wszyscy oni - Dzicy z plemienia Carapana - słyszeli już wprawdzie o świecie zewnętrznym, a nawet o białych ludziach, ale tylko najstarsi tych białych widzieli na własne oczy. [...] Większość współcześnie żyjących Dzikich znała już tylko własny, zielony świat Carapana - kilometry dziewiczej puszczy dookoła. A Opowieści o białych traktowała podobnie, jak my traktujemy opowieści o Indianach - ot, fikcja literacka, ciekawa, ale tak samo realna, jak rodzinna wycieczka na Księżyc. Pewnego dnia ta fikcja stała się faktem - w maleńkiej indiańskiej wiosce [...] pojawił się pierwszy biały człowiek. Oczywiście natychmiast wzbudził sensację. I niepokój... *

Uwielbiam podróże, odkrywanie nowych, często fascynujących miejsc. Wspomnienia przywiezione z różnego rodzaju wyjazdów są dla mnie bardzo cenne. Niektórych krajów prawdopodobnie nigdy nie zobaczę, ale jednak dzięki powieściom podróżniczym mogę się w pewnym stopniu poczuć tak, jakby rzeczywiście tam była. Jeśli dodatkowo dowiem się czegoś o innych kulturach, niedotkniętych jeszcze przez cywilizację, będę bardzo zadowolona. Do takich książek niezaprzeczalnie mogę zaliczyć „Rio anacondę”.

W przeciwieństwie do „Gringo wśród dzikich plemion” - innej książki polskiego podróżnika, którą przeczytałam ponad rok temu, "Rio anaconda" stanowi zapis z jednej, konkretnej wyprawy wgłąb tropikalnej puszczy w poszukiwaniu ostatnich dzikich ziem. Owszem, zawiera także opis sposobu, w jaki autor się tam dostał, ale najważniejsza i zarówno najciekawsza część to opowieść o ostatnim szamanie plemienia Carapana. Nazywany Czarownikiem, jest najinteligentniejszym i jednocześnie najbardziej samotnym członkiem swojego ludu. Cejrowski przedstawił jego zwyczaje, przeprowadzane rytuały i sposób patrzenia na otaczający go świat. Bardzo zaskoczył mnie fakt, iż człowiek bez choćby podstawowego wykształcenia doszedł samodzielnie do różnego rodzaju praw fizyki, medycyny (oczywiście w prosty sposób, nie używał skomplikowanego słownictwa), a jego Bóg - Pachamama nie różnił się wiele od naszego. „Rio anaconda” to także wiele opisów codziennego życia Indian, zapoznanie czytelnika z typowym jedzeniem, spojrzeniem na śmierć jak na najnormalniejszą rzecz pod słońcem (nikt wtedy nie rozpacza, tylko pozwala swoim bliskim spokojnie odejść na tamten świat).

Muszę przyznać, że Cejrowski ma niezwykły talent do snucia opowieści. Na uwagę zasługuje jego barwny i potrafiący zaciekawić język. Wiele historii było przedstawionych do tego stopnia humorystycznie, że wybuchałam śmiechem. Jeśli dodać do tego jeszcze piękne wydanie - egzotyczne fotografie, dobry papier i często nietypowy układ graficzny tekstu, okazuje się, że otrzymaliśmy świetną i niedającą o sobie zapomnieć powieść podróżniczą. Jeśli ktoś tego właśnie oczekuje od książki, to „Rio anaconda” będzie idealnym wyborem. Polecam! 

* fragment książki