sobota, 31 grudnia 2011

stosik 8/2011

Dzisiaj tylko stosik, ale już wkrótce wracam na dobre. :)


środa, 23 listopada 2011

„Wyprawa czarownic” Terry Pratchett

 



Wydawca: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2001
Cykl: Świat Dysku
Liczba stron: 264
Tytuł oryginału: Witches Abroad
Rok wyd. oryginału: 1991
Ocena: 5,5/6






„Wyprawa czarownic” jest dwunastą powieścią kultowego cyklu - Świat Dysku. Tym razem Terry Pratchett bierze na warsztat osobliwą mieszankę złożoną z luster, baśni i podróży. Jest to najlepszy, spośród znanych mi trzech, utwór mistrza powieści humorystycznej.

Lustro może wessać skrawek duszy. Lustro może pomieścić odbicie całego wszechświata, niebo pełne gwiazd w kawałku posrebrzanego szkła, nie grubszego niż tchnienie. Kto rozumie lustra, ten rozumie prawie wszystko. Spójrzmy w lustro... głębiej... na pomarańczowe światełko na nagim górskim wierzchołku, tysiące mil od roślinnego ciepła bagien...

Po śmierci Dezyderaty, rolę matki chrzestnej niepozornej dziewczynki Elli przejmuje Margrat. Jej misją jest zapobiegnięcie ślubowi z księciem odległej krainy. Młodej i niedoświadczonej, ale pełnej zapału czarownicy postanawiają pomóc koleżanki po fachu: Babcia Weatherwax i Niania Ogg. Razem udają się do Genoi, rządzonej przez miłośniczkę szczęśliwych zakończeń, Lilith. Podróż bogata jest w spotkania z bohaterami znanych baśni i poznawanie zwyczajów zagranicznych krajów. 

Jako pierwsza, uwagę przykuwa barwna okładka. Drobiazgowość i lekkie szaleństwo idealnie komponują się z treścią książki. „Wyprawa czarownic” zawiera liczne aluzje do baśni, m.in. o Czerwonym Kapturku, Śpiącej Królewnie czy też Kopciuszku. Pozbawione są magicznej otoczki, niemniej jednak już samo ich zauważanie to duża satysfakcja. Do tego mamy Casanovę, vodou i pogromcę wampirów, kota Greeba.

Dla reszty świata był wielkim kocurem, wypchanym niewiarygodnie niezniszczalną siłą życiową opakowaną w skórę. Obcy często się nad nim litowali, bo praktycznie nie miał uszu, a jego morda wyglądała, jakby usiadł na niej niedźwiedź. Nie mogli wiedzieć, że przyczyną tego jest kocia duma Greeba, która kazała mu próbować walczyć albo gwałcić absolutnie wszystko, aż do czworokonnego wozu z drewnem włącznie. Kiedy Greebo maszerował ulicą, groźne psy skamlały i chowały się pod schodami. Lisy trzymały się z daleka od wioski. Wilki starały się ją omijać. - To taki wielki pieszczoch - rzekła niania.

„Wyprawa czarownic” jest powieścią wielowymiarową. Pratchett zgrabnie przeplata w niej zabawne sytuacje z fragmentami refleksyjnymi i tylko od nas zależy, czy będziemy chcieli poświęcić im dłuższą chwilę.

Ogromną sympatię wzbudzają główne bohaterki: zwolenniczka głowologii, wyznająca surowe zasady, których jednak osobiście się nie trzyma - Esme Weatherwax, znawczyni obcych języków i ludowych przyśpiewek, miłośniczka jedzenia, które powinno uciekać na czterech nogach albo na parze nóg i parze skrzydeł. A przynajmniej mieć płetwy. Pomysł jedzenia mającego więcej niż cztery nogi to całkiem inna para... tzn. kilka par kaloszy - Gytha Ogg i zmokła kura, Margrat Garlick. Dialogi pomiędzy nimi to kolejna charakterystyczna cecha książki. Lekko ironiczne i proste w swojej konstrukcji na długo zapadają w pamięć. 

„Wyprawa czarownic” będzie idealnym wyborem, jeśli szukamy kilku godzin relaksu, a także humoru na najwyższym poziomie. Polecam!

sobota, 12 listopada 2011

„Finch” Jeff VanderMeer





Wydawca: Mag
Rok wydania: 2011
Cykl: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 354
Tytuł oryginału: Finch
Rok wyd. oryginału: 2009
Ocena: 5/6






Nietrudno zauważyć, że powieści Jeffa VanderMeera już na stałe zagościły w zdobywającej coraz większą popularność serii Uczta Wyobraźni. „Finch” to już trzeci utwór w ogóle i drugi po „Shriek: Posłowie” z cyklu o Ambergris. W 2008 roku Solaris wydał „Miasto szaleńców i świętych”, będące pierwszym spotkaniem z tym niezmiernie fascynującym, zmieniającym swoje oblicze miastem. 

Detektyw John Finch prowadzi śledztwo w sprawie podwójnego morderstwa, którego ofiarami są człowiek i przedstawiciel gatunku fanaarcensitii, potocznie zwanym szarymi kapeluszami. W tle - opanowane przez pierwotnych mieszkańców, ogarnięte anarchią ruiny niegdyś wspaniałego miasta artystów, kojarzonego m.in. z Karnawałem Słodkowodnych Kałamarnic, czy też odwieczną rywalizacją pomiędzy domami wydawniczymi Hoegbottona a Frankwrithe'a i Lewdena. 

W każdej powieści VanderMeer prezentuje inną odsłoną Ambergris i używa do tego przeróżnych form: klasycznego opowiadania, eseju historycznego, naukowego artykułu, notatek, posłowia a nawet encyklopedii. „Finch” to zdumiewająca mieszanka kryminału i new weird. Utwór z pogranicza snu i jawy, wzbudzający zarówno fascynację jak i obrzydzenie. Zdradza tajemnice szarych kapeluszy - jak pojawiły się na terenach obecnego Ambergris i na czym im tak naprawdę zależy. Ich mentalność, anatomia i kultura w dużej mierze wciąż pozostają niewiadomą. Całość jest tak dobrze dopracowana i w swojej nienormalności zaskakująco logiczna, że nie można pozbyć się wrażenia, iż Ambergris to nie wytwór szalonej wyobraźni a prawdziwe, żywe miasto istniejące w innej rzeczywistości. 

Akcja utworu jest nierówna, najpierw snuje się leniwie, wzmagając ciekawość czytelnika, by nagle wykonać zwrot i już do samego końca nie zatrzymywać się nawet na moment, niczym w dobrej powieści sensacyjnej. Uwagę przyciągają bohaterowie - posiadają nietuzinkową osobowość, są odrobinę ekscentryczni i nie wiadomo kiedy pokażą swoją drugą twarz. „Finch” wymaga czasu, skupienia i bogatej wyobraźni. Bez wątpienia przydatna okaże się  też znajomość wcześniejszych tekstów o Ambergris.

Pewna jestem jednego: już nigdy nie spojrzę na grzyby jak na zupełnie niegroźny element przyrody.

Polecam!

sobota, 5 listopada 2011

„Pokuta” Anne Rice

 



Wydawca: Otwarte
Rok wydania: 2011
Cykl: Czas Aniołów
Liczba stron: 304
Tytuł oryginału: The Songs of the Seraphim
Rok wyd. oryginału: 2009
Ocena: 3/6







„Czas Aniołów” to najnowszy cykl autorki kultowego „Wywiadu z wampirem”, owoc jej duchowej przemiany i powrotu do wiary rzymskokatolickiej. Z lekkim powątpiewaniem zaczęłam czytanie pierwszego tomu, ponieważ Anne Rice to dla mnie niemal synonim słowa wampir. Jej wizja aniołów, póki co mnie nie przekonała.

Toby O'Dare, zwany Luckym Szczwanym Lisem jest płatnym mordercą, doskonałym w swoim fachu. Gdy dostaje zlecenie zabójstwa w swoim ulubionym hotelu Mission Inn, ma złe przeczucie. Intuicja go nie zawodzi. Znikąd pojawia się anioł, serafin Malachiasz i składa mu propozycję nie do odrzucenia: w zamian za pomoc otrzyma szansę na zbawienie. Toby godzi się i trafia do XIII-wiecznego angielskiego miasteczka Norwich, gdzie ma uratować żydowską rodzinę. 

„Pokuta” to opowieść o samotności: człowieku, który będąc u progu dorosłości stracił całą rodzinę i ukochaną. Bezgranicznie do tej pory oddany Bogu, wybrał zło i życie z dala od przyjaciół. To także historia nawrócenia, przemiany tak drastycznej, że aż sprawiającej wrażenie niemożliwej. Wreszcie prezentacja wizji autorki dotyczącej aniołów stróżów ludzi, pomocników Boga odpowiadających na modlitwy podopiecznych.

Pierwsza część powieści, przedstawiająca dwadzieścia osiem lat życia Toby'ego, jest zdecydowanie warta uwagi. Anne Rice dopracowała ją w każdym szczególe. Zadbała, by wszystkie fakty i przeżycia bohatera złożyły się w logiczną całość, prowadzącą w ostateczności do jego nawrócenia. Druga część jest natomiast zwyczajnie słaba, momentami naiwna i nierealistyczna. Wiele do życzenia pozostawia tło historyczne. Brak jakichkolwiek charakterystycznych elementów dla średniowiecznej Anglii nie pozwala poczuć jej niezwykłej atmosfery. Choć jest reklamowana jako „metafizyczny thriller”, nie posiada żadnych zwrotów akcji.

„Pokuta” mnie nie zachwyciła, powiedziałabym nawet, że jest dość przeciętną książką. Mimo wszystko Rice to Rice, dlatego nie straciłam jeszcze nadziei, że rozwinie się w kolejnych tomach i stworzy coś na miarę „Kronik wampirów”.

poniedziałek, 31 października 2011

„Gdzie wasze ciała porzucone” Philip Jose Farmer




 Wydawca: Mag 
Rok wydania: 2008; wyd. II
Typ: science fiction 
Cykl: Świat Rzeki
Liczba stron: 240
Tytuł oryginału: To Your Scattered Bodies Go
Rok wyd. oryginału: 1971
Ocena: 4/6







„Gdzie wasze ciała porzucone” otwiera najsłynniejszy cykl amerykańskiego pisarza sf i fantasy, Philipa Jose'a Farmera, zdobywcy nagrody Hugo sprzed czterdziestu laty za tę właśnie powieść. W takiej sytuacji narzuca się zawsze pytanie, czy dany utwór przetrwał bezlitosną próbę czasu?

Sir Richard Burton, dziewiętnastowieczny angielski podróżnik, pisarz i awanturnik, umiera. To jednak nie koniec a dopiero początek. Budzi się nagi i bezwłosy w dolinie nieskończenie długiej rzeki. Wraz z nim  „zmartwychwstaje” cała ludzkość, jaka kiedykolwiek zamieszkiwała ziemię - od neandertalczyków po człowieka nam współczesnego. Każdy otrzymuje dziwny cylinder zapewniający pożywienie i żadnych wskazówek, dokąd tak naprawdę trafił. By znaleźć odpowiedzi na nurtujące go pytania, Burton postanawia wyruszyć w podróż ku źródłom Rzeki w towarzystwie niezwykłych postaci. 

Najmocniejszą stroną tej powieści jest oryginalny pomysł na wizję zaświatów. Bohaterowie sugerują, że może to być wielki eksperyment antropologiczny lub socjologiczny, prawdopodobna jest też opcja czyśćca jako drugiej szansy danej ludzkim duszom. Żadnej z tych przyczyn nie możemy być pewni i nie zdziwiłabym się, gdyby obie były błędne. Od strony technicznej świat Rzeki sprawia wrażenie dopracowanego, logicznie zbudowanego. Szczegółów jego funkcjonowania zdradzać nie będę, gdyż to właśnie dzięki samodzielnemu ich odkrywaniu „Gdzie wasze ciała porzucone” wzbudza duże zainteresowanie.

Umieszczenie w jednym miejscu ludzi ze wszystkich epok stwarza doskonałą możliwość na poznanie realiów ich życia, zwyczajów i języka od kuchni. W przypadku powieści Farmera, możliwości praktycznie niewykorzystanej. Główny bohater - rzeczywista postać historyczna nie mówi wiele o swoim życiu sprzed przebudzenia się na planecie Rzeki, podobnie jak postacie epizodyczne, Alice Liddell i Hermann Göring czy neandertalczyk Kazz.

Moim zdaniem, „Gdzie wasze ciała porzucone” przetrwało próbę czasu, choć nie w stanie idealnym. Zabrakło głębszej kreacji postaci i wartkiej akcji. W pewnym stopniu tłumaczy to niewielka objętość książki, która przypomina zaledwie wstęp do większej całości. Nieodkryte tajemnice dodatkowo zachęcają do sięgnięcia po kolejne tomy cyklu. Ja z pewnością to zrobię.

sobota, 29 października 2011

TOP 10 - Ulubione okładki książek.


Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień. - Klaudyna

niedziela, 9 października 2011

stosik 7/2011

Miałam jeszcze długo nic nie kupować, ale dałam się skusić promocji Empiku 3 w cenie 2 i oto efekty: 


Od góry:

1.  Słońce słońc Karl Schroeder - Jest odległa przyszłość. Świat znany pod nazwą Virga to ogromny balon wypełniony powietrzem, wodą oraz dryfującymi kawałkami skał. Żyjący w nim ludzie budują fuzyjne słońca oraz "miasta", które kształtem przypominają olbrzymie koła ze szprychami, wprawiane w ruch celem otrzymania wirówkowej namiastki grawitacji. Młody i zgorzkniały Hayden Griffin przybywa do Rushu z jedną myślą: wywarcia krwawej zemsty na mordercach swoich rodziców. Jego celem jest admirał Chaison Fanning, który podbił dryfujące państwo Aerie, ojczyznę Haydena. Fakt, że chłopak spędził okres dorastania w różnych, mało bezpiecznych miejscach, nie wróży Fanningowi zbyt dobrze.

sobota, 1 października 2011

„Grzesznik” Tess Gerritsen

 


 Wydawca: Albatros
Rok wyd.: 2011; wyd VI
Cykl: Rizzoli&Isles
Liczba stron: 400
Tytuł oryginału: The sinner
Rok wyd. oryginału: 2003
Ocena: 5/6








Rok temu przeczytałam dwie powieści Gerritsen i wpadłam w taki zachwyt, że do tej pory nie sięgnęłam po żaden thriller medyczny innego autora, trwając w przekonaniu, że i tak z pewnością im nie dorówna. Dowiem się, czy miałam racje, dopiero po przeczytaniu wszystkich książek tej autorki.

W klasztorze Graystone ofiarą wyjątkowo brutalnej napaści padają dwie zakonnice - jedna ginie, druga w stanie śpiączki trafia do szpitala. Autopsja wykazuje, że zamordowana zakonnica była w ciąży. W opuszczonym budynku dawnej restauracji policja znajduje straszliwie okaleczone zwłoki kobiety. W indyjskiej wiosce dochodzi do masakry - zostają zamordowani wszyscy mieszkańcy. Co łączy te zbrodnie, popełnione w odległych od siebie miejscach? Próbują to ustalić detektyw Jane Rizzoli i Maura Isles.

„Grzesznik” wciąga w swój świat równie mocno, jak wszystkie inne thrillery medyczne Tess Gerritsen. Czyta się go niemal z prędkością światła, dlatego jest idealną lekturą podczas podróży autobusem lub gdy nie możemy poświęcić książce więcej niż kilku chwil w ciągu dnia. Po raz kolejny spotykamy się z duetem wyjątkowych kobiet, które starają się rozwikłać nietuzinkową zagadkę. Istotną część powieści zajmują opisy ich codziennego, interesującego życia, psychika i przemyślenia. Autorka „Grzesznika” to mistrzyni zgrabnie prowadzonej intrygi i zaskakującego zakończenia. Tym razem domyśliłam się go już za połową książki, niemniej jednak szczegóły pozostały mi nie znane do ostatnich stron. Nie zabrakło także jakiegoś ważnego przesłania, Gerritsen poruszyła problem łapówek i tuszowania katastrofalnych w skutkach błędów wielkich korporacji. Duże wrażenie zrobił na mnie opis sekcji zwłok - nieco odrażający, ale i niezmiernie fascynujący.

Thrillery Tess Gerritsen to przykład bardzo dobrej, nie pozbawionej sensu literatury rozrywkowej. Polecam wszystkim zainteresowanym niekonwencjonalnymi zagadkami i medycyną.

sobota, 24 września 2011

„Gra o tron” George R. R. Martin

 


Wydawca: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2003; wyd II 
Cykl: Pieśń Lodu i Ognia
Liczba stron: 780
Tytuł oryginału: A Game of Thrones
Data wyd. oryginału: 1996
Ocena: 6/6








W ostatnich miesiącach za sprawą serialu nakręconego na podstawie pierwszego tomu cyklu głośno zrobiło się o „Pieśni Lodu i Ognia”. Byłam bardzo ciekawa, czy faktycznie jest o co robić tyle szumu, więc gdy tylko znalazłam odpowiednią ilość czasu na to dość opasłe tomiszcze zabrałam się za nie i bez reszty dałam wciągnąć w zaskakująco realistyczną, niezmiernie fascynującą opowieść.

W Zachodnich Krainach o ośmiu tysiącach lat zapisanej historii widmo wojen i katastrofy nieustannie wisi nad ludźmi. Zbliża się zima, lodowate wichry wieją z północy, gdzie schroniły się wyparte przez ludzi pradawne rasy i starzy bogowie. Zbuntowani władcy na szczęście pokonali szalonego Smoczego Króla, Aerysa Targaryena, zasiadającego na Żelaznym Tronie Zachodnich Krain. Niestety, obalony władca zostawił potomstwo. Opuszczony tron objął Robert - najznamienitszy z buntowników. Minęły już lata pokoju i oto możnowładcy zaczynają grę o tron.

Czytam książki z gatunku fantasy od dawna, ale rzadko mam okazję trafić na dzieło tak wybitnie, jak „Gra o tron”. Świat wykreowany przez Martina cechuje średniowieczna atmosfera urozmaicona niewielką ilością nadnaturalnych stworzeń. Fabuła sprawia wrażenie niesamowicie rzeczywistej; w dużej mierze jest to zasługa faktu, iż autor nie oszczędza swoich bohaterów, nawet ważna postać może w każdej chwili stracić życie lub zdrowie. Jest ich jednak na tyle dużo, że któraś na pewno przypadnie do gustu czytelnikowi. Ja polubiłam obdarzonego ironicznym poczuciem humoru karła Tyriona, smoczą księżniczkę Deanerys i niesforną, ciekawą świata Aryę. Martin posługuje się prostym, mało kwiecistym językiem, który doskonale pasuje do zimnych, pozbawionych litości ludów Zachodnich Krain. Nawet przez chwilę nie pozwala nudzić się czytelnikowi. Każde wydarzenie przykuwa uwagę i sprawia, że z niecierpliwością czekamy na kolejne fragmenty napisane z perspektywy danej postaci. Ciekawie prezentują się także miejsca, w których rozgrywa się akcja. Szczególne wrażenie robi Wielki Mur chroniący przed dawno zapomnianymi zagrożeniami.

„Gra o tron” to idealny przykład na to, iż można napisać znakomitą powieść fantasy i nie umieszczać w niej masy elfów, krasnoludów i innych magicznych stworzeń. W końcu czyje losy, jak nie ludzi, będą dla nas najbardziej przejmujące?

sobota, 17 września 2011

stosik 6/2011

Bardzo spóźniony stosik urodzinowy: 


Od góry: 

1. Saga o Ludziach Lodu tom 4,5,6 Margit Sandemo - Do czytania w zimę, kiedy pewnie nie będę miała czasu na nic dłuższego i bardziej ambitnego.

2. Biegnąca z wilkami Clarissa Pinkola Estes - Od dawna żadna książka nie zainteresowała mnie tak bardzo, jak ta.

sobota, 10 września 2011

„Eremanta” Joanna Skalska

Wydawca: Powergraph
Liczna stron: 288
Ocena: 2/6


Gdy już udało mi się pozbyć uprzedzeń do książek polskich autorów natknęłam się na powieść tak przeciętną, że zaczynam myśleć, iż moja niezbyt dobra opinia o nich nie była bezpodstawna.

Co łączy współczesną Anglię i skrytą wśród gór przeklętą wioskę w nienazwanym kraju? Co wspólnego mają listy, opowiadające o spotkaniu sprzed lat i tajemnicza książka, odnaleziona w hiszpańskim antykwariacie? Co przyciąga do siebie Magdę, polską tłumaczkę i bezimiennego nieznajomego, który pojawił się u niej na przyjęciu i nie chce jej opuścić?

Moim skromnym zdaniem odpowiedź na pierwsze dwa pytania brzmi: „nic”, a na trzecie, choć się starałam, nie udało mi się znaleźć żadnego satysfakcjonującego wyjaśnienia. Jednym z wątków powieści są losy mieszkańców wioski, pozbawionych głosu na skutek klątwy. Brzmi interesująco. Od razu nasunęły mi się pytania typu: co złego uczynili, czy jest jakiś sposób na zdjęcie klątwy? W praktyce jednak wątek ten nie porywa, a zachowanie niemych bohaterów jest nie do zniesienia. Zdziwiło mnie to, bo generalnie lubię ciszę. Wydarzenia opisujące teraźniejszość z perspektywy polskiej tłumaczki mieszkającej w pod londyńskiej willi zdają się być ciekawsze, ale nie na tyle, bym nie mogła oderwać się od lektury. W każdej książce staram się znaleźć jakąś wyróżniającą ją pozytywną cechę, ale tutaj nie dopatrzyłam się żadnego takiego elementu.

Mam wrażenie, że gdyby autorka oddzieliła od siebie oba wątki i je rozbudowała, czytelnik otrzymałby przyjemną obyczajówkę i intrygującą powieść historyczną. Na niecałych 300 stronach nie łatwo jest bowiem je połączyć. Joannie Skalskiej się ta trudna sztuka nie udała.

czwartek, 1 września 2011

TOP 10 - Miejsca znane z literatury, które chcielibyśmy odwiedzić.

 
Top 10 to akcja, przy okazji której raz w tygodniu ma blogu pojawiają się różnego rodzaju rankingi, dzięki którym czytelnicy mogą poznać bliżej blogera, jego zainteresowania i gusta. Jeżeli chcesz dołączyć do akcji - w każdy piątek wypatruj nowego tematu na dany tydzień.  

Od dawna chciałam wziąć udział w zabawie wymyślonej przez Klaudynę i w końcu mi się to udało. Co prawda, już jutro pojawi się nowy temat, ale to chyba nie problem. ;)

czwartek, 25 sierpnia 2011

stosik 5/2011

Jakiś czas temu trafiłam na stronę księgarni dedalus.pl i nie mogłam się powstrzymać przed zakupem kilku książek. Tym bardziej, że za 5 tytułów zapłaciłam nieco ponad 50 zł + koszt wysyłki. Po raz pierwszy zdarzyła mi się taka okazja. :)


Od góry: 

1. Gdzie wasze ciała porzucone Philip José Farmer - Szukałam czegoś krótkiego, ale zarazem ciekawego na długie, jesienne wieczory. 

2. Wiedźma z lasu T. H. White - Pierwszy tom sagi mi się nie spodobał, ale za tak niską cenę, mogę dać jej drugą szansę. 

3. Ysabel Guy Gavriel Kay - Uwielbiam książki tego autora, więc zakup kolejnej to żadne zaskoczenie. 

4. Przekleństwo Adama Bryan Sykes - Kolejny tytuł do mojej na razie niewielkiej kolekcji książek popularnonaukowych.

5. LonNiedyn China Mieville - Planowałam najpierw zakup Krakena, ale nie mogłam się oprzeć niskiej cenie tej (15 zł).

piątek, 19 sierpnia 2011

„Mgły Avalonu” Marion Bradley Zimmer

Wydawca: Zysk i S-ka
Liczba stron: 1354
Ocena: 6+/6


Czy zna ktoś z Was osobę, która nigdy nie słyszała legendy o królu Arturze i rycerzach Okrągłego Stołu? Ja tak, ale sądzę, że należy ona do mniejszości. Marion Bradley Zimmer podjęła się napisania nowej wersji tej znanej opowieści - z perspektywy biorących w niej udział kobiet; w moim odczuciu najlepszej, jaka kiedykolwiek powstała.

Był taki czas, kiedy wędrowiec, jeśli miał ochotę i znał choćby kilka tajemnic, mógł wypłynąć łodzią na Morze Lata i dotrzeć nie do Glastonbury pełnego mnichów, lecz do Świętej Wyspy Avalon. W tamtych czasach wrota łączące światu unosiły się we mgle i otwierały wedle woli i myśli wędrowca...

Jestem pod ogromnym urokiem tej książki. Mam wrażenie, że rzuciła na mnie czar, z którego prędko się nie uwolnię. Pomimo ogromnej objętości pochłonęłam ją w zadziwiająco krótkim czasie. Unikalną atmosferę tworzy magia; kult bogini - Wielkiej Matki, Święta Wyspa Avalon, intrygujące rytuały odprawiane przez kapłanki. To jest moim zdaniem najciekawszy element książki, ale dużo emocji wzbudził we mnie także wątek konfliktu religii pogańskiej, celtyckiej z chrześcijaństwem. Fanatyczna wręcz religijność Gwenifer, jej zaślepienie i upór doprowadzały mnie do szału. W wielu kwestiach zgadzałam się natomiast z niezależną, pewną swoich racji Morgianą. Autorce udało się wykreować też inne ciekawe postacie kobiece: Panią Jeziora Vivianę, Morgause i Nimue, choć jej losy wyglądały zupełnie inaczej niż w innych wersjach legendy. Fabuła obfituje w wiele zaskakujących wydarzeń, intryg dworskich i romansów. Niewiele miejsca zostało poświęcone poszukiwaniom Świętego Graala w formie kielicha, których wyjątkowo nie toleruję - kolejny plus.

„Mgły Avalonu”  to jedna z najważniejszych książek mojego życia. Najbardziej emocjonująca i najlepiej dopasowana do moich zainteresowań. Ta powieść oczarowuje, chce się zapomnieć o rzeczywistości i czytać, czytać, czytać. Gorąco polecam!
________
Jutro wyjeżdżam w góry i wracam w środę. Całe wakacje czekałam na ładną pogodę i w końcu jest. :]

niedziela, 14 sierpnia 2011

biblioteczka Aleksandry (2011 rok)

O ile dobrze pamiętam, kilka miesięcy temu po blogach krążył łańcuszek, który polegał na przedstawieniu swojej domowej biblioteczki. Ja się wtedy na niego nie załapałam, ale teraz znalazłam trochę wolnego czasu na zrobienie zdjęć i mogę Wam ją pokazać. :)

Wcześniej półki były porozrzucane po całym pokoju, ale jak to mi się często zdarza, zapragnęłam zmiany.

środa, 10 sierpnia 2011

„Opowieści o makabrze i koszmarze” H. P. Lovecraft

Wydawca: Zysk i S-ka
Liczba stron: 572
Ocena: 3/6


Przez kilka ostatnich lat postać Lovecrafta nieustannie pojawiała się w czytanych przeze mnie książkach, opisach i recenzjach, aż w końcu stała się pewnego rodzaju legendą. Do zakupu niniejszego zbioru opowiadań nie miałam jednak pojęcia, kim on był i jakie przerażające utwory napisał.

Książkę rozpoczyna bardzo ciekawy wstęp autorstwa Roberta Blocha, z którym Lovecraft utrzymywał kontakt drogą korespondencyjną. Zbiór zawiera szesnaście opowiadań, z czego większość dotyczy wymyślonej przez niego mitologii Cthulhu. Resztę stanowią typowe utwory gotyckie.

Dużym plusem a jednocześnie w moim odczuciu najmniej udanym elementem twórczości Lovecrafta jest właśnie mitologia Cthulhu. Tytułowe stworzenie jest Wielkim Przedwiecznym, potworem o głowie ośmiornicy pełnej macek, ogromnych pazurach i smoczych skrzydłach na plecach, które leży uśpione na dnie Pacyfiku w legendarnym mieście R'lyeh. Gdy gwiazdy ustawią się w odpowiednim porządku, Cthulhu odzyska władzę nad światem. Nie brzmi to absurdalnie, wręcz groteskowo? Być może gdzieś poza Ziemią istnieje życie. Jednak wśród znanych mi opisów tych istot tylko jedne nie budzą mojego sprzeciwu i nie są to bynajmniej wytwory wyobraźni Lovecrafta.

Wracając do „Opowieści o makabrze i koszmarze”, na uwagę zasługuje język autora. Barwny, pełen ładnie skonstruowanych, rozbudowanych zdań, dlatego choć niemal sto procent książki to opisy i fragmenty listów, nie czułam znużenia. Bohaterami opowiadań są na ogół naukowcy lub inni wykształceni ludzie, którzy początkowo sceptycznie odnoszą się do spotykających ich dziwnych sytuacji. Lovecraft wykorzystuje ten fakt do nieśpiesznego zapoznania czytelnika ze źródłem strachu, co tylko go zwiększa, gdyż jak sam twierdzi:

Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym. 

Nie można zaprzeczyć, że Lovecraft miał ogromny wpływ na późniejszych twórców, nie tylko literatury grozy. Stworzył coś zupełnie nowego, własną mitologię nieinspirowaną żadną z istniejących i za to należy mu się podziw. Dlatego, mimo że mi nie przypadła ona do gustu, polecam.

sobota, 6 sierpnia 2011

zapowiedzi/nowości/wznowienia (1)

W ostatnim czasie wydano wiele ciekawych, moim zdaniem, powieści. Całkiem sporo trafiło także do zapowiedzi. Ja już zaczynam zbierać fundusze potrzebne na ich zakup, a Was zapraszam do zapoznania się z opisami. Może któryś z tytułów także kogoś zainteresuje. ;)

Tytuł: „Jak przeżyć w fantastycznonaukowym wszechświecie”
Autor: Charles Yu
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Data wydania: 4 sierpień 2011
Liczba stron: 280
Cena okładkowa: 28 zł

Już od dawna myślałam o przeczytaniu którejś powieści z Serii Nowej Fantastyki, a opis tej brzmi najbardziej intrygująco. Niska jak na ostatnie miesiące cena dodatkowo zachęca.

Elektryzująco oryginalna powieść, która zakrzywia czas i wyobraźnię! Klienci firmy Time Warner Time każdego dnia wsiadają do wehikułów czasu i usiłują zrobić jedyną rzecz, której robić nie powinni: zmienić przeszłość. Gdy któryś z nich wpadnie w tarapaty, Charles Yu śpieszy mu z pomocą. Czyhające na samotnych seksboty, paradoksy skaczące jak ceny akcji na giełdzie, więżące nieuważnych podróżników pętle czasowe – na użytkowników komercyjnych wehikułów czeka wiele niebezpieczeństw. Wszystko to blednie jednak w porównaniu z kłopotami, w jakie wplątał się Yu. Zaczęło się od tego, że zastrzelił przyszłego siebie. Teraz, mając za towarzyszy: TAMMY, czyli popadający w depresję system operacyjny, oraz Eda, nieistniejącego, ale ontologicznie niesprzecznego psa, Charles spróbuje ocalić swoją przyszłość.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

„Wampir Vittorio” Anne Rice

 



Wydawca: Rebis
Rok wydania: 2008; wyd. II
Cykl: Nowe opowieści o wampirach
Liczba stron: 256
Tytuł oryginału: Vittorio, The Vampire
Rok wyd. oryginału: 1999
Ocena: 4+/6






Swoją „przygodę” z Kronikami Wampirów rozpoczęłam trzy lata temu i teraz muszę ją definitywnie zakończyć. Choć właściwie koniec nastąpił wraz z dziesiątym tomem, „Krwawym kantykiem”, gdyż niniejsza książka nie ma już żadnego związku ze znanymi mi postaciami. Mimo to, dla mnie jest to ważna chwila.

Vittorio, szlachetnie urodzony młodzieniec, żyje w Italii w piętnastym wieku. Oddaje się nauce, podziwia dzieła sztuki, które powstają we Florencji na zamówienie Medyceuszy - kiedyś ma być panem równie wielkim jak jego ojciec, właściciel warownego zamku poważanego w całej okolicy. Nie wie jednak, że dni jego rodu są policzone, że horda demonów ukrywająca się w opuszczonym zamczysku już wkrótce zażąda krwawej ofiary.

„Wampir Vittorio” to zmysłowa, pełna pasji opowieść o kolejnej fascynującej wampirzej społeczności, która czci diabła, odprawia czarne msze i składa krwawe ofiary w owianym tajemnicą starym zamczysku.  Czytelnik poznaje ją dzięki tytułowemu bohaterowi snującemu opowieść o swoim ludzkim życiu i przemianie w wampira. Anne Rice czaruje słowami, wszelkie opisy zadziwiają plastycznością. Książka jest jednak zbyt krótka, żałuję że nie przedstawia także losów Vittoria z późniejszych epok. Trudno poczuć atmosferę epoki, gdyż nacisk położony jest na akcję rozgrywającą się w kilku konkretnych miejscach, a wydarzenia z miast czy też życie codzienne ich mieszkańców zostały ujęte w zaledwie kilku zdaniach.

Polecam przede wszystkim miłośnikom prozy Anne Rice, ale też wszystkim czytelnikom, którzy jeszcze nie zapoznali się z jej twórczością. „Wampir Vittorio” nie wymaga bowiem znajomości poprzednich tomów, a jest całkiem niezłą próbką jej umiejętności pisarskich.

sobota, 23 lipca 2011

„Pieśń dla Arbonne” Guy Gavriel Kay

 


 Wydawca: Mag
Rok wydania: 2008
Cykl:
Liczba stron: 496
Tytuł oryginału: A song for Arbonne
Rok wyd. oryginału: 1992
Ocena: 5/6







Moim trwającym już trzy lata wakacyjnym zwyczajem jest przeczytanie jednej książki Cejrowskiego i Kay'a właśnie. Obaj ci autorzy piszą znakomite książki, którymi mogę delektować się w letnie dni. „Tigana” i „Lwy Al-Rassanu” są, co prawda odrobinę lepsze od „Pieśni dla Arbonne”, ale i tak wspaniale się ją czyta.

Wiele lat temu dwaj najpotężniejsi książęta, panujący na ziemiach stanowiących część matriarchalnej, cywilizowanej krainy Arbonne, popadli w konflikt. Szlachetny trubadur Bertran de Talair i Urte de Miraval żywią wobec siebie nienawiść, której źródłem stała się dawno temu kobieta. Na północy leży patriarchalne i wojownicze Gorhaut, mieszkańcy którego wyznają wiarę w boga Corannosa, a włada nimi zepsuty do szpiku kości król Ademar, marzący o podbojach. Wkrótce, wzajemne uprzedzenia, nienawiść i intrygi, doprowadzą do krwawego starcia pomiędzy dwiema kulturami.

„Pieśń dla Arbonne” jest pasjonującą, opartą na kulturze trubadurów powieścią, której czytanie sprawia prawdziwą przyjemność. Zawiera wszystkie charakterystyczne dla prozy Kaya elementy począwszy od nieprzewidywalnej, panoramicznej fabuły dotyczącej krwawego zderzenia dwóch odrębnych kultur, a skończywszy na wspaniale wykreowanych bohaterach. To właśnie w tych powieściach spotkałam się z najbardziej fascynującymi postaciami kobiecymi, jakie poznałam dzięki książkom. Choć historiami wymyślonymi przez Kaya rządzą te same reguły, to każda fascynuje równie mocno. W „Pieśni dla Arbonne” duże wrażenie robią miejsca akcji; bezwzględne dla kobiet, surowo przestrzegające praw Gorhaut, mistyczna wyspa bogini Rian, a także czarująca kraina Arbonne z Dworem Miłości, trubadurami i tworzonymi przez nich cudownymi pieśniami.

Bez wątpienia mogę zaliczyć „Pieśń dla Arbonne” do gatunku fantasy umiejscowionego w realiach średniowiecznych, choć na próżno szukać tu typowych elementów fantastycznych. Z tego względu powinna spodobać się wszystkim miłośnikom literatury. To po prostu bardzo dobra powieść. Polecam!

czwartek, 21 lipca 2011

One Lovely Blog Award

Bardzo dziękuję za nominację:


Zasady:
  • Na swoim blogu wklej link do bloga osoby, która Cię nominowała.
  • Napisz o sobie siedem rzeczy.
  • Nominuj szesnaście innych, cudownych blogerów (nie można jednak nominować osoby, która Ciebie nominowała).
  • Zostaw na ich blogach komentarz, w którym poinformujesz o nominacji. 

1. Marzę, by w przyszłości wybudować dom w górach, w którym będę mogła spędzać wakacje, a na emeryturze zamieszkać w nim na stałe. Najlepiej żeby stał na jakimś odludziu, miał ogromne okna z widokiem na góry i przytulny pokój zmieniony w biblioteczkę.
2. Nie mam ulubionej pory roku, w każdej dostrzegam jakieś pozytywne strony i cieszę się bardzo, że są aż cztery, choć ostatnio coraz mniej się od siebie odróżniają.
3. Bardzo lubię wszelkie zjawiska pogodowe. Najbardziej burze z piorunami i to takie, gdy robi się niemal tak ciemno, jak w nocy.
4. Zafascynowały mnie wampiry odkąd pierwszy raz się z nimi spotkałam. Chciałabym zwiedzić Nowy Orlean opisany w Kronikach Wampirów Anne Rice. Książek o tej tematyce z gatunku paranormal romance jednak nie znoszę. 
5. Jestem osobą bardzo upartą. Jak raz coś sobie postanowię, to żadna siła nie przekona mnie do zmiany zdania.
6. Interesuje mnie Czarny Ląd, głównie przyroda i afrykańskie plemiona. Marzę, by wybrać się na safari. 
7. Uwielbiam biżuterię w kolorze srebra lub ciemnego złota połączoną ze wszystkimi barwami tęczy.

Niezwykle trudno było mi wybrać zaledwie 16 blogów, bo wszystkie zasługują na wyróżnienie. Nominuję w przypadkowej kolejności: 


Jeśli ktoś z nominowanych już brał udział w zabawie, nie musi oczywiście robić tego ponownie. ;)

wtorek, 19 lipca 2011

„Biała królowa” Philippa Gregory

 



Wydawca: Książnica
Rok wydania: 2010 
Cykl: Wojna kuzynów
Liczba stron: 480
Tytuł oryginału: The White Queen
Rok wyd. oryginału: 2009
Ocena: 5/6







Od zawsze interesowały mnie filmy kostiumowe, które nierzadko oglądałam z niemym zachwytem. Głównie za ich sprawą często myślę o minionych wiekach i zastanawiam się, jak wyglądałoby moje życie, gdybym urodziła się kilkaset lat wcześniej. Z książkami historycznymi nie miałam do czynienia, aż do momentu, gdy trafiłam na nazwisko Philippy Gregory i kupiłam pierwszą powieść z cyklu „Wojna kuzynów” znaną też jako Wojna Dwu Róż. Był to znakomity wybór.

Król Edward IV York zakochuje się pięknej wdowie, Elżbiecie Woodville i przed upływem miesiąca bierze ją w sekrecie za żonę. Gdy ich małżeństwo wychodzi na jaw, dostają się w sam środek walk o wpływy na królewskim dworze, gdzie muszą stawić czoło matce Edwarda. Oburzony samowolą króla hrabia Warwick, doradca Yorków, obraca się przeciwko niemu, przechodząc na stronę wrogiego obozu Lancasterów. 

Dwór angielski stanowi doskonałe tło do napisania przejmującej powieści pełnej dworskich intryg, spisków, zaskakujących zgonów i nagłych egzekucji. „Biała królowa” prezentuje niezwykle sugestywny obraz kobiety o silnym charakterze. Philippa Gregory nie zapomina też o bohaterach z drugiego planu, choć nie mniej ważnych dla przebiegu fabuły. Jej kunszt pisarski sprawia, że przestają być oni tylko postaciami z podręcznika od historii, a stają się prawdziwymi, żywymi ludźmi. Autorka posiada lekkie pióro, a w każdym zdaniu przejawia się nie tyle, co jej ogromna wiedza historyczna, którą bez wątpienia ma, a faktyczne zainteresowanie tym tematem. Czaru powieści dodaje legenda o wodnej bogince Meluzynie, pramatce tytułowej bohaterki.

Chyba, a nawet na pewno znalazłam kolejne książkowe zainteresowanie obok fantastyki i thrillera medycznego: powieść historyczną. „Biała królowa” jest jej wspaniałym przykładem. Malowniczo ukazuje dworskie życie, wewnętrzne rozterki bohaterów i wciąga dzięki barwnej, nieco tajemniczej fabule.

czwartek, 7 lipca 2011

„Amerykańscy bogowie” Neil Gaiman

Wydawca: Mag
Liczba stron: 608
Ocena: 2+/6


Neil Gaiman to idealny popkulturowy twórca naszych czasów - synkretyczny, łączący ogień z wodą, obdarzony anarchistyczną wyobraźnią. *

Do tej pory miałam jedynie okazję zapoznać się z „Gwiezdnym pyłem” tegoż autora i mogę to spotkanie bez wątpienia zaliczyć do udanych. Z przeczytaniem kolejnej powieści zwlekałam dość długo, aż do chwili, gdy usłyszałam o „Amerykańskich bogach”. Pomyślałam sobie, że z racji mojego zainteresowania wątkami religijnymi będzie to idealna pozycja i niestety się rozczarowałam.

Po trzech latach spędzonych w więzieniu Cień ma wyjść na wolność. Na dwa dni przed zakończeniem wyroku jego żona, Laura, ginie w wypadku samochodowym w tajemniczych okolicznościach - wszystko wskazuje na zdradę małżeńską. Wracając do domu, oszołomiony cień spotyka tajemniczego mężczyznę o imieniu Wednesday, twierdzącego, że jest uchodźcą wojennym, byłym bogiem i królem Ameryki. We dwóch wyruszają w podróż przez Stany, rozwiązując zagadkę morderstw, które co roku są w zimie popełniane w małym amerykańskim miasteczku. Ale za nimi podąża ktoś, z kim Cień musi zawrzeć pokój...

Powyższy opis tylko w niewielkim stopniu oddaje prawdziwy charakter książki. Jest to utwór złożony i wielowątkowy. Prezentuje intrygującą wizję dotyczącą tego, co się dzieje z zapomnianymi przez ludzi bogami. Nie można jej odmówić osobliwości a także rzadko spotykanej ostatnio oryginalności. Jest to powieść niepokojąca, jedna z tych, którym nie możemy udowodnić, że są nieprawdziwe. Nieprawdopodobne - owszem, ale nie niemożliwe. Spodobała mi się niepewność towarzysząca każdej kolejnej stronie, dzięki której nie miałam ochoty odrywać się od lektury.

Mimo wielu ciekawych rozwiązań, nie mogę ocenić „Amerykańskich bogów” dobrze. Głównie ze względu na wspomnianą wizję bogów. Jestem przyzwyczajona do tradycyjnego, spotykanego w wielu książkach obrazu i bardzo go sobie cenię. Bez wątpienia świeże i innowacyjne spojrzenie autora mi nie odpowiada. Odziera bogów z tajemniczości, za bardzo przybliża ich do człowieka. Moim zdaniem, powieść Gaimana jest też zbyt długa, bez żadnej szkody można by ją skrócić. Jak na 600 stron występuje zbyt mało akcji. Do dalszego czytanie zachęcały mnie tylko spotykane na każdej stronie niezwykłości.

Obiektywnie nie jest to książka zła, a wręcz bardzo dobra, dlatego ją polecam. Mi jednak nie przypadła do gustu.
___________
Jutro wyjeżdżam nad morze, wracam 17 lipca. Nie będę mogła w tym czasie odwiedzać Waszych blogów, ale jak tylko wrócę, na pewno wszystko nadrobię.

sobota, 2 lipca 2011

„Podmorska wyspa” Isabel Allende

Wydawca: Muza
Liczba stron: 530
Ocena: 5/6


Żyjemy w świecie, w którym każdy chce podejmować własne decyzje i robić to, na co przyjdzie mu akurat ochota. Możecie sobie zatem wyobrazić, że jesteście zależni od woli swojego pana, który uważa Was za istoty gorsze od siebie, urodzone tylko po to, by pracować? Niewolnictwo. O tym właśnie jest najnowsza powieść chilijskiej pisarki.

Saint-Domingue, koniec XVIII wieku. Zarité jako dziewięcioletnia niewolnica zostaje sprzedana Toulouse'owi Valmorainowi, pełnemu ideałów bogatemu właścicielowi plantacji trzciny cukrowej. Wraz z dorastającą dziewczyną dojrzewa na wyspie powstanie niewolników. Gdy pożoga buntu dociera do Saint-Lazare, ostrzeżona przez innego niewolnika Zarité ratuje pana i jego syna. Jednak wcześniej prosi o podpisanie pewnego dokumentu.

Tańcz, tańcz, Zarité, 
bo niewolnik, który tańczy, 
jest wolny... dopóki tańczy.

Każda książka, która nie należy do działu fantastyki, a ma mnie zachwycić, musi prezentować niebanalną, najlepiej zaczerpniętą ze światowej historii rzeczywistość. Na przykład taką, jak w powieści Allende. Fabuła skupia się w niej na codziennym życiu bohaterów, którzy są jednak świadkami ważnych wydarzeń. I tak mamy niepowtarzalną okazję ujrzeć dokonujące się powoli zmiany prowadzące do zniesienia niewolnictwa. Zmiany okupione życiem tysięcy ludzi. Autorka przedstawia różnorodne postawy ludzi względem wspomnianego systemu, dzięki którym obraz społeczeństwa zyskuje na wiarygodności. Historyczne fakty są jednak zaledwie tłem. 

Kwintesencją  „Podmorskiej wyspy” jest natomiast fascynująca atmosfera. Przytłaczający, tropikalny klimat wyspy. Nieludzki upał na plantacjach. Praca od świtu do zmierzchu przy ścinaniu trzciny cukrowej. Strach, ale jednocześnie pragnienie wolności. Pogańscy bogowie. Rytuały vodou. Tańce w rytm bębnów podczas calendy. Potem następuje wyjazd do Nowego Orleanu, który pokochałam dzięki „Kronikom wampirów” Anne Rice. Perfekcyjnie oddany kontrast pomiędzy życiem starych, szanowanych rodów a biegającymi boso niewolnikami. Mroczne bagna. Wszystko to tworzy niezwykle barwną mozaikę końca XVIII i początku XIX wieku.

Fani twórczości Allende z pewnością znają już tą książkę, a pozostałym czytelników serdecznie ją polecam. Naprawdę warto. Ja zwróciłam na nią uwagę dzięki ładnej okładce i nie żałuję.

wtorek, 28 czerwca 2011

mini recenzje (1)

Tytuł: „W poszukiwaniu Jake'a i inne opowiadania”
Autor: China Mieville
Wydawca: Zysk i S-ka
Liczba stron: 280
Ocena: 7/10

To bardzo dziwny, napisany z ogromną wyobraźnią zbiór opowiadań new weird. Większość z nich pozbawiona jest głębszego sensu, a niestety tylko część nadaje się, by czytać je dla czystej rozrywki bez rozmyślania nad przesłaniem. Co gorsza wszystkie kończą się w najciekawszym momencie. Trzy z nich: „Chowaniec”, „Łącznik”  i „Lustra” zapadły mi w pamięć, a o tym ostatnim nadal czasem myślę. Treść reszty wyleciała mi z głowy kilka dni po skończeniu lektury. Mieville posługuje się bardzo współczesnym językiem, który mnie nie przekonuje. Dam mu mimo wszystko drugą szansę, bo pewnego potencjału trudno tym opowiadaniom odmówić. Może w powieściach Mieville lepiej się sprawdzi.


Tytuł: „Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód”
Autor: Robert M. Wegner
Wydawca: Powergraph
Liczba stron: 688
Ocena: 10/10

Północ była dobra, Południe absolutnie genialne i bardzo się obawiałam, czy drugi tom też tak bardzo przypadnie mi do gustu. Teraz mogę już bez strachu powiedzieć, że jest lepszy! Wegner tak umiejętnie prowadzi narrację, że nawet na chwilę nie jestem w stanie oderwać się od lektury. Książka jak żadna inna wzbudza skrajne emocje. Przedstawiony świat jest tak fascynujący, że pochłania bez reszty. Dużą rolę odgrywają w nim wierzenia. Liczę, że w kolejnym tomie zostaną rozbudowane. Bardzo podoba mi się też tajemniczy, intrygujący obraz magii. Gorąco polecam!


Tytuł: „Aliedora”
Autor: Nik Pierumow
Wydawca: Solaris
Liczba stron: 552
Ocena: 5/10

„Tern” choć trochę sztampowy, był generalnie dobrą książką. Żałuję, że nie mogę powiedzieć tego samego o drugim tomie. Przede wszystkim zabrakło w nim barwnych postaci, które odróżniały go od innych tytułów. Tytułowa bohaterka nie tylko nie wzbudza sympatii, ale drażni zbytnią pewnością siebie, arogancją i naiwnością. Polityka i bitwy zawsze mnie nudziły, więc tego nie mogę się czepiać. Wątki religijne za to uwielbiam i niestety muszę przyznać, że ten nawet w niewielkim stopniu mnie nie zaciekawił. Ogólnie „Aliedora” sprawia wrażenie nieco dziecinnej lub też niedopracowanej. Polecam młodszym czytelnikom fantastyki.

Nie jestem w stanie recenzować wszystkich przeczytanych książek, ale o każdej choćby trzy zdania mogę powiedzieć, stąd pomysł na ten cykl notek. Nową recenzję opublikuję już na początku lipca. ;)

sobota, 25 czerwca 2011

Kilka tajemnic Aleksandry

Jestem już chyba jedną z niewielu osób, które nie zdradziły do tej pory kilku swoich tajemnic. Do zabawy zostałam zaproszona przez Caroline Ratliff prawie dwa tygodnie temu, ale dopiero teraz znalazłam chwilę, by coś napisać. Mam nadzieję, że się nie zanudzicie, czytając ten post. ;)

1. Zacznę może jak większość uczestników zabawy, czyli od ogólnych informacji. Mam na imię Aleksandra, ale najczęściej jestem nazywana po prostu Olą. Chcę zmienić blogowy nick, ale nie mogę znaleźć/wymyślić niczego, co naprawdę by mi się podobało. W sierpniu tego roku skończę siedemnaście lat, a we wrześniu będę już uczennicą drugiej klasy liceum ogólnokształcącego w Łodzi na profilu biologia-chemia-matematyka. Do ostatniej chwili miałam wątpliwości, czy nie powinnam wybrać klasy humanistycznej, ale teraz wiem, że dobrze postąpiłam. Biologią i chemią zajmę się zawodowo, a książki i język polski będę traktować jako hobby. Jestem szatynką o trudnym do zidentyfikowania kolorze oczu. Dookoła źrenicy mam pomarańczowo-żółtą obwódkę, a co do reszty, to każdy jest innego zdania - zielone? niebieskie? szare?

2. Dość późno zabrałam się za naukę czytania, bo ok. siódmego roku życia, ale od razu stałam się mistrzynią. Czytałam najszybciej z całej klasy i do tego wygrywałam wszystkie konkursy na czytanie ze zrozumieniem. Miłością do książek zaraziła mnie babcia, która przynosiła mi je z biblioteki, a ja pochłaniałam je w tempie jedna na dzień, dwa. Pierwszym tytułem nie był, jak większości z Was, „Harry Potter”, ale też poznałam tą serię w dzieciństwie i mogę przyznać, że dzięki niej polubiłam fantastykę. Teraz rzadko wypożyczam coś z biblioteki, bo nie lubię zniszczonych książek. Widok własnych zbiorów na półkach jest dla mnie bezcenny.

3. Drugą moją pasją są góry. Odkąd dwa lata temu wyjechałam na kilka dni w polskie Tatry i po raz pierwszy trafiłam na pogodę umożliwiającą wyjście na szlak, nie wyobrażam sobie bez nich wakacji. Na razie przemierzam dość łatwe trasy, najtrudniejszą z nich był chyba Czarny Staw pod Rysami, ale marzy mi się Dolina Pięciu Stawów. Zapomniałabym dodać, z każdego wyjazdu wracam z co najmniej jednym - dwoma tysiąca zdjęciami. Nie ma lepszego modelu niż góry.

4. Uwielbiam pirackie klimaty. Wolność, ocean, walki szablą, robienie czego tylko dusza zapragnie - zawsze mnie to kręciło. Mam jednak wrażenie, że ostatnio pojawia się coraz mniej ciekawych filmów na ten temat. Przy ostatnim zasnęłam. Poszukuję książek o piratach, jeśli ktoś jakąś zna, będę wdzięczna jeśli podzieli się ze mną tytułem.

5. Interesują mnie Celtowie, Majowie, Afryka, Egipt, legendy arturiańskie, średniowiecze, starożytność, sztuka renesansu, religie pogańskie. Tyle tego jest, że nie potrafię wybrać niczego, w co mogłabym się zagłębić.

6. Najlepiej czuję się na łonie natury, która nieustannie mnie zachwyca. Bardzo chciałabym zwiedzić najładniejsze parki narodowe i krajobrazowe na świecie, a także założyć obok swojego domu ogród angielski. Generalnie lubię rzeczy piękne i idealnie do siebie pasujące. Ustawienie mebli w pokoju potrafię zmieniać kilka razy do roku, bo ciągle coś jest nie tak, jak to sobie wyobraziłam.

7. Bardzo lubię stare domy, dworki, pałacyki. Zatrzymuję się wtedy na chwilę i zastanawiam, jacy byli ludzie, którzy w nich żyli, jak wyglądali, czym się zajmowali. Czasem mam wrażenie, że urodziłam się w nieodpowiednich dla siebie czasach.

8. Cenię sobie ciszę, spokój. Unikam tłumów, a najlepiej czuję się we własnym towarzystwie. Chyba można mnie nazwać samotnikiem, choć ostatnio lubię wychodzić gdzieś ze znajomymi i coraz więcej się śmieję.

9. Jestem strasznym śpiochem. Siedzę do późnego wieczora z książką lub przed komputerem/telewizorem i potem rano trudno mnie ściągnąć z łóżka. W dni szkolne nie potrafię obyć się bez co najmniej godziny snu w ciągu dnia.

10. Nie należę do osób bardzo religijnych, choć wierzę w istnienie Boga i duszy, która może przeżyć cielesną śmierć. Mam bierzmowanie, ale do kościoła chodzę rzadko, bo jego zasady/idee nie pokrywają się z moimi.

11. Czytam głównie po to, by oderwać się od rzeczywistości. Często jestem zamyślona, uwielbiam marzyć i wyobrażać sobie historie, które w tym świecie i/lub czasie nie mogłyby się wydarzyć. Wierzę, że w innych czasach byłabym szczęśliwsza, choć staram się żyć tu i teraz tak, by w chwili śmierci nie żałować, że czegoś nie zrobiłam.

12. Lubię podróże i odkrywanie nowych miejsc, a ponadto kolor turkusowy, brzoskwinie, zapach bzu i fiołków. Chciałabym nauczyć się strzelać z łuku.

Do zabawy chciałabym zaprosić Anię z książkowych-zapisek, enedtil z fantastyczne-zaczytanie i Klaudię z moje-ukochane-czytadełka. Mam nadzieję, że zechcecie zdradzić blogowiczom kilka Waszych tajemnic. ;)

środa, 22 czerwca 2011

rok bloga! :)

Dokładnie rok temu założyłam tego bloga. Nie mogę uwierzyć, że minęło już tyle czasu, odkąd przeniosłam się tutaj z onetu... Mam nadzieję, że nie będą to ostatnie urodziny. ;)

Statystyka
liczba wyświetleń bloga: 11624
liczba komentarzy: 550
liczba opublikowanych recenzji: 27

Od dawna nie napisałam żadnej recenzji, brakuje mi i chęci i weny, ale zaczęły się wakacje, wiec postaram się to zmienić. Do końca czerwca opublikuję moje tajemnice i jeszcze coś, a potem możecie już liczyć na jakieś dłuższe teksty. ;)

sobota, 11 czerwca 2011

stosik 4/2011

Tym razem mniej fantastyczne stosiki, ale równie dla mnie ważne. ;)


Od góry:

1. Ex libris. Wyznania czytelnika Anne Fadiman
2. Historia Lisey Stephen King
3. Kompozytor burz Andrés Pascual
4. Podmorska wyspa Isabel Allende
5. Biała królowa Philippa Gregory
6. Czarodziejka z Florencji Salman Rushdie

Od góry:

1. Starcie królów George R. R. Martin
2. Nawałnica mieczy. Stal i śnieg George R. R. Martin
3. Nawałnica mieczy. Krew i złoto George R. R. Martin

sobota, 4 czerwca 2011

„Dracula” Bram Stoker

Wydawca: Mystery
Rok wydania oryginału: 1897
Liczba stron: 438
Ocena: 3+/6


Wampir pojawia się w literaturze od ponad wieku, ale jego obecny wizerunek znacząco różni się od pierwowzoru. Żadnego z nich nie darzę szczególną sympatią, choć gdybym miała wybierać, byłaby to jego pierwsza postać. Dla wyjaśnienia - uwielbiam wampiry wymyślone przez Anne Rice w „Kronikach wampirów”.

Młody prawnik Jonathan Harker wyrusza w podróż do Transylwanii by sfinalizować zakup posiadłości w Londynie przez hrabiego Draculę. Choć na początku swojego pobytu jest pod wrażeniem uprzejmości Draculi, wkrótce odkrywa jego dziwne właściwości i zdaje sobie sprawę z tego, że został uwięziony w jego zamku. Spotyka trzy upiorne kobiety - również wampiry - i dowiaduje się, że po wyjeździe Draculi do Anglii zostanie im przeznaczony jako ofiara.

Pierwsze kilkadziesiąt stron sugeruje, że będzie to całkiem dobry horror. Mroczny klimat Transylwanii, dzikie i budzące strach góry robią na czytelniku niesamowite wrażenie. W tych fragmentach najlepiej widoczna jest typowa dla powieści gotyckiej atmosfera grozy i tajemniczości. Dalszy ciąg niestety rozczarowuje swoją przeciętnością. Poszczególne wydarzenia są nadmiernie rozciągnięte w czasie, ponadto Stoker przedstawia je z punktu widzenia kilku osób. Fabuła była mi mniej więcej znana z filmu, dlatego też akcja książki mnie nie porwała. Czasem wręcz nudziła. Najbardziej zawiodło mnie jednak zakończenie: mało spektakularne,  sprawiające wrażenia niedopracowanego, jakby autorowi zależało na jak najszybszym skończeniu książki. Generalnie mówiąc, spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. Nic dobrego nie mogę także powiedzieć o bohaterach. Bez charakteru, niczym się nie wyróżniający, po prostu nudni.

„Dracula” to klasyk literatury wampirycznej, każdy czytelnik lubiący wampiry powinien go znać. Ciekawym doświadczeniem jest bliższe poznanie jego wizerunku powstałego za sprawą ludowych wierzeń, przesądów i porównanie go z obecnym. Mam nadzieję, że wkrótce skończy się moda na puste, świecące się wampiry z dylematem: pić krew czy nie, co być może spowoduje powrót do jego korzeni. „Draculę” mimo nie jednego rozczarowania czytało mi się bardzo dobrze, dlatego ocena nie jest tak niska, jak mogłoby to wynikać z recenzji.

sobota, 21 maja 2011

„Droga” Cormac McCarthy

Wydawca: WL
Liczba stron: 268
Ocena: 5/6


Cormac McCarthy to znany, amerykański powieściopisarz, laureat kilku nagród, w tym Pulitzera właśnie za książkę „Droga”. Pomimo ekranizacji i dużej popularności obu tych dzieł, przez długi czas nie była mi znana. Kojarzyłam za to inne powieści McCarthy'ego, choć żadnej nie przeczytałam. Jestem pewna, że wkrótce się to zmieni, gdyż „Droga” w osobliwy sposób zaprzątnęła moje myśli. 

Świat po straszliwej katastrofie. Większość żywych stworzeń zniknęła z powierzchni ziemi. Morza i oceany utraciły swój błękit. Wszechobecne zimno i ciemność. Bandy kanibali przemierzają zgliszcza miast. Wydaje się, że to jedyna droga do przetrwania. Bezimienni mężczyzna i chłopiec, mimo beznadziejnej sytuacji, pozostają wierni ostatniej zasadzie czyniącej ich ludźmi i podejmują wędrówkę w nieznane.

„Droga” to powieść, która wzbudza wiele emocji. Początkowe niedowierzanie, szok i przerażenie zmieniają się w uczucie beznadziejności i przygnębienia. Czytelnik ma nadzieję, że los bohaterów się odmieni, oczekuje na szczęśliwy koniec wędrówki, ale podświadomie przeczuwa, że to niemożliwe. Czytałam w słoneczny dzień i z każdą kolejną stroną miałam coraz większą rzucić książkę w kąt, zapomnieć. Ale to nie takie łatwe. „Droga” zmusza do refleksji nad człowieczeństwem i końcem świata, który przecież  z pewnością kiedyś nastąpi. Sprawia także, że zaczynamy doceniać to, w jak dobrych warunkach żyjemy.

„Droga” została napisana w nieco odbiegający od standardów sposób. Nie ma rozdziałów, akapity są bardzo krótkie a dialogi nieakcentowane. Mężczyzna i chłopiec pozostają anonimowi. Rozmowy między nimi ściskają  za serce swoją prostotą i szczerością. Fabuła natomiast trochę rozczarowuje. Nie dowiadujemy się niczego o samej katastrofie, wędrówka jest dość monotonna, a ostatnie strony, choć wzruszające, pozostawiają niedosyt. Na długo w pamięć zapada za to oszczędny, ale plastyczny język. Zadziwiające, że można tak pięknie opisać chylący się ku upadkowi świat.

Polecam!

środa, 11 maja 2011

stosik 3/2011

Obiecałam sobie, że będę kupować mniej książek, ale to silniejsze ode mnie. ;)


Od góry:

1. Gra o tron George R. R. Martin
2. Rozgwiazda Peter Watts
3. Vita nostra Siergiej i Marina Diaczenko
4. W poszukiwaniu Jake'a i inne opowiadania China Mieville
5. Trojka Stepan Chapman

piątek, 6 maja 2011

„Shriek: Posłowie” Jeff VanderMeer





Wydawca: Mag
Rok wydania: 2010
Cykl: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 400
Tytuł oryginału: Shriek: An Afterword
Rok wyd. oryginału: 2006
Ocena: 4+/6







Jeff VanderMeer należy do grona pisarzy obdarzonych zdumiewającą wyobraźnią, których powieści zalicza się do stosunkowo niedawno powstałego nurtu fantastyki - New Weird. „Shriek: Posłowie” to druga książka, z trzech wydanych do dnia dzisiejszego, opowiadająca o fikcyjnym mieście Ambergris. Łączy w sobie elementy biografii,  barwnej powieści historycznej i pamiętnika. Nowatorskim pomysłem jest zamieszczenie na ostatnich stronach utworu nieoficjalnej ścieżki dźwiękowej wybranej osobiście przez Jeffa VanderMeera. Bez zarzutu oddaje ona klimat książki.

Czytając „Shriek: Posłowie” odnosi się wrażenie, że nie jest to książka atrakcyjna dla przeciętnego czytelnika. Trudno się w nią wgryźć, a bez znajomości „Miasta Szaleńców i Świętych” staje się to wręcz niemożliwe. Nie ułatwia sprawy dość jednostajna fabuła i statyczne przedstawianie wydarzeń. Niektóre z nich miały ogromną szansę porwać odbiorcę, ale niestety nie udało im się stać czymś więcej niż elementami pomagającymi utrzymać koncentrację. Jedynie czytelnik spragniony powieści ambitnej, przy której niezbędne jest skupienie, nie dozna rozczarowania. Książka VanderMeera to prawdziwe czytelnicze wyzwanie, które bez wątpienia warto podjąć.

Wyjątkowy klimat przenika każdą stronę książki i to właśnie dzięki niemu jest ona tak unikatowa. Tworzy go przede wszystkim wizja fascynującego miasta nazywanego Ambergris. Wywołuje psychodeliczne odczucia zmieniające się w niepokój, a czasem nawet przerażenie. Rzeczywistość miesza się w nim z ułudą. Miasto wraz z każdą kolejną wizytą odsłania przed czytelnikiem inne oblicze (maskę?). Dogłębne poznanie go jest rzeczą niewykonalną. Choć w niniejszej powieści pełni zaledwie rolę tła, wzbudza równie silne emocje jak w „Mieście Szaleńców i Świętych”. Dzięki szarym kapeluszom, rdzennym mieszkańcom Ambergris, wizja zyskuje na tajemniczości. Wiem, że „Finch” ma wyjawić ich największy sekret i trochę tego żałuję. 

Kolejnym wartym uwagi aspektem prozy VanderMeera jest stylizowanie tekstów. Wydaje się to być naturalne, ale w rzeczywistości niewielu pisarzy stosuje ten zabieg. W „Shriek: Posłowie” odnosi się on do całej struktury powieści. Jest niechronologiczna, panuje w niej chaos. Można być pewnym, że właśnie tak wyglądałoby posłowie napisane przez Janice Shriek. Patrząc na to z innego punktu widzenia, dochodzi się do wniosku, że autor ma kłopoty ze stworzeniem spójnego, uporządkowanego tekstu. Znając jednak inne książki VanderMeera, wiem, że to pierwsza teza jest właściwa, a każdy element został przemyślany i powstał w konkretnym celu. Zabieg stylizowania odnajdujemy także w zderzeniu wypowiedzi autorstwa Duncana i Janice - rodzeństwa i jednocześnie głównych bohaterów. Subiektywna narracja siostry jest nierzadko ironicznie komentowana przez jej brata. Czytelnik poznaje dwa punkty widzenia niektórych sytuacji i wydawać by się mogło, że czyta o różnych wydarzeniach, gdy tymczasem mowa jest o jednym i tym samym.

Gdybym nie znała wcześniej Uczty Wyobraźni, to sięgnęłabym po „Shriek: Posłowie” choćby ze względu na cudowną okładkę. Wszystkie w serii są oryginalne i inspirujące, ale ta wyjątkowo przypadła mi do gustu. Książkę oczywiście polecam, ale trzeba się nastawić, że nie jest to lekka lektura do autobusu. Dobrze też byłoby zapoznać się wcześniej z „Miastem Szaleńców i Świętych”.

piątek, 29 kwietnia 2011

Stosik 2/2011

Od tak dawna nie kupowałam książek, że już prawie zapomniałam, jakie to wspaniałe uczucie dołączyć do swojej biblioteczki nowe nabytki. :) 


Od góry: 
1. Opowieści o makabrze i koszmarze H. P. Lovecraft
2. Pokochała Toma Gordona Stephen King
3. Łowca snów Stephen King
4. Finch Jeff VanderMeer
5. Dracula Bram Stoker


Od góry: 
1. Droga Cormac McCarthy
2. Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Wschód-Zachód Robert M. Wegner
3. Pani Jeziora Andrzej Sapkowski
4. Aliedora Nik Pierumow
5. Rozplatanie tęczy Richard Dawkins

Wszystkie książki kupiłam w 30% promocji na empik.com

czwartek, 21 kwietnia 2011

„Zielona mila” Stephen King

Wydawca: Albatros
Liczba stron: 416
Ocena: 6/6

Stephen King jest niewątpliwie mistrzem horroru, ale nie jest to jedyny gatunek, w jakim tworzy. Pisarz ma także na koncie powieści obyczajowe, psychologiczne, sensacyjne i fantasy. „Zielona mila” łączy elementy każdej z nich. To wspaniała książka, której po prostu nie wypada nie znać.

Lata trzydzieste XX wieku. Do więzienia stanowego w Cold Mountain przybywa, na blok przeznaczony dla więźniów oczekujących na wykonanie kary śmierci, czarnoskóry olbrzym o wiecznie załzawionych oczach, John Coffey. Wkrótce ma trafić na krzesło elektryczne nazywane dla żartów Starą Iskrówą, choć jeden ze strażników więzienia, Paul Edgecombe wierzy w jego niewinność. To właśnie on, sześćdziesiąt cztery lata później pisze pamiętnik, dzięki któremu możemy poznać tą niesamowicie poruszającą historię.

„Zielona mila” rozpoczyna się w sposób charakterystyczny dla twórczości Stephena Kinga. Pierwsze kilkadziesiąt stron wymaga odrobiny skupienia, ponieważ nie dzieje się w zasadzie nic porywającego. Pisarz wykorzystuje ten czas na dogłębne zapoznanie czytelnika z psychiką bohaterów, co bardzo pomaga zrozumieć ich późniejsze zachowanie. Opisy codziennych, trywialnych sytuacji sprawiają wrażenie  niesamowicie rzeczywistych, jakby były swego rodzaju pamiętnikiem. O tyle atrakcyjnym, że prezentują życie strażnika więziennego pracującego na bloku dla oczekujących na wykonanie kary śmierci. Mamy dzięki temu okazję być świadkami egzekucji; na ogół przebiegających zgodnie z planem, ale też niekiedy znacznie bardziej widowiskowych. Stephen King stworzył w „Zielonej mili” galerię niezapomnianych postaci skazańców: niepozornego  Francuza z Luizjany, Eduarda Delacroix, którego towarzyszką w celi była ponadprzeciętnie inteligentna mysz; Williama Whartona - nieobliczalnego młodocianego zabójcę i obdarzonego niezwykłą mocą Johna Coffeya. Nie sądziłam, że można tak bardzo przywiązać się do papierowych bohaterów.

Stale nie mogę wyjść z podziwu nad talentem literackim tego amerykańskiego pisarza. Gdy akcja się rozkręca, napięcie jest na tyle umiejętnie budowane, że naprawdę trudno oderwać się od lektury. Przerywanie właściwej opowieści w najciekawszych momentach i powrót do teraźniejszości początkowo mnie denerwował, ale z czasem to doceniłam, gdyż elementy z przeszłości znalazły swoje odbicie w czasie obecnym lub też się z nimi połączyły, sprawiając wrażenie spójności i uporządkowania.

Dzięki „Zielonej mili” przez kilka dni dosłownie żyłam w innym świecie. Nie raz wzruszyłam się przy niej do łez i jeszcze długo po przeczytaniu chciałam zacząć od nowa. Kiedyś na pewno to zrobię. Po zastanowieniu, mogę stwierdzić, że to najlepsza książka Kinga i jedna z lepszych, jakie kiedykolwiek przeczytałam.

Gorąco polecam!

piątek, 8 kwietnia 2011

„Opowieści z meekhańskiego pogranicza. Północ - Południe” Robert M. Wegner

Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 576
Ocena: 5/6


Przez długi czas byłam bardzo uprzedzona do książek polskich pisarzy. Do tego stopnia, że nie zawracałam sobie głowy chociażby przeczytaniem opisu z tylnej okładki. Kilka naprawdę dobrych powieści diametralnie to jednak zmieniło. „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to właśnie jedna z nich.

Książka została podzielona na dwie części: tytułową Północ i Południe. Pierwsza z nich przedstawia losy porucznika Kennetha-lyw-Darawyta oraz jego żołnierzy z Szóstej Kompanii Górskiej Straży. Główną rolę odgrywają tutaj opisy bitew, zasadzki i polityczne intrygi. Jak na ironię, opowiadanie, po którym z racji zdobycia nagrody Zajdla oczekiwałam najwięcej, okazało się w otoczeniu innych tylko dobre. Druga część,  która nawiasem mówiąc bardziej trafiła w mój gust, to historia młodego wojownika o imieniu Yatech, należącego do plemienia Issaram, którego najważniejszym zwyczajem jest  całkowite zakrywanie twarzy przed wszystkimi obcymi. Jeśli ktoś mimo to ją zobaczy, do świtu musi zginąć. 

Wegnerowi tak niesamowicie wychodzi pisanie, że nie sposób oderwać się od lektury. Choć opisy miejsc są dość oszczędne, a natłok nazw własnych ogromny, to wszystkie zdarzenia odbijały się w mojej wyobraźni barwnymi obrazami. I to tak, że nadal doskonale je pamiętam. W pierwszej części akcja nie zwalnia ani na chwilę. Bitwy z udziałem tysięcy żołnierzy na ogół mnie nudzą, ale w tym przypadku dałam się porwać i sama nie wiem kiedy, znalazłam się na ostatniej stronie opowiadania. Druga część jest już tym, co najbardziej w fantasy lubię. Mamy tu nietuzinkowego bohatera pochodzącego z wymyślonej przez autora, niezwykle intrygującej kultury. Magia, wierzenia ludów są istotną częścią tego świata, ale nie odkrywają przed czytelnikiem wszystkich swoich tajemnic. Fabuła natomiast w momentach spokojnych jest równie pasjonująca, co w szybkich dzięki zastosowanym przez Wegnera efektownym eksperymentom z narracją. Nie brakuje także prawdziwych, głębokich emocji towarzyszącym lekturze tej zadziwiająco dobrej książki.

Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że jeśli kolejne powieści Wegnera utrzymają poziom „Opowieści z meekhańskiego pogranicza” to będą śmiało mogły konkurować z najlepszą chyba polską sagą fantasy, „Wiedźminem” Andrzeja Sapkowskiego. Ja tymczasem zastanawiam się nad zakupem drugiej części: „Wschód-Zachód”.

Gorąco polecam!

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

„Legenda o Sigurdzie i Gudrun” J. R. R. Tolkien

Wydawca: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 560
Ocena: 3+/6


„Władca Pierścieni” jest najbardziej znanym dziełem Tolkiena i jednocześnie jedną z moich ulubionych trylogii, dlatego też konsekwentnie kupuję i czytam inne książki tego wybitnego, angielskiego pisarza. Tym razem wybór padł na niepublikowaną dotąd wersję legendy z mitologii ludów skandynawskich. Choć tytuł wyraźnie mówi o jednej, to znaleźć możemy tu dwie, powiązane ze sobą pieśni.

„Pieśń o Völsungach” to rodowód wielkiego bohatera Sigurda, który zabił smoka Fafnira i przywłaszczył sobie jego skarb, obudził walkirię Brynhildę oraz zawarł braterstwo krwi z książętami Niflungów. „Pieśń o Gudrun” opowiada o małżeństwie Gudrun, zawartym wbrew jej woli z potężnym Atlim, władcą Hunów, i zemście, którą wymierzyła mężowi za wymordowanie braci.

Gdy po raz pierwszy zobaczyłam „Legendę...” na półce w księgarni, wpadłam w zachwyt. Bardzo ładna, stylizowana na epokę średniowiecza okładka mnie zauroczyła, a ponad pięciuset stronicowa objętość zapowiadała długie, przyjemne chwile spędzone nad lekturą. Potem jednak emocje opadły. Niemałą część książki zajmują bowiem komentarze, przypisy i wprowadzenia pióra Christophera Tolkiena. Większość czytelników, nie wyłączając w tym mnie, uzna je bez wątpienia za nieatrakcyjne i nużące. Niewykluczone wszak, że dla bardziej oddanych fanów, będą to wartościowe fragmenty. „Legenda...” została napisana dość uroczystym, ale i niezwykle żywym językiem. Dla znających angielski, nie lada gratką będzie możliwość choćby fragmentarycznego przeczytania tego utworu w oryginale. Strofy te znajdują się zaraz obok polskiego przekładu. Nie było to łatwe zadanie, dlatego tym większy jest mój podziw dla obu tłumaczek.

Przed rozpoczęciem lektury dobrze jest zapoznać się z ogólnym zarysem treści mitologii skandynawskiej. Ogromna ilość imion i opisanych w zaledwie kilku wersach wydarzeń początkowo bardzo przytłacza. Niektóre fragmenty musiałam przeczytać kilkukrotnie, a i tak zrozumiałam je w stu procentach dopiero, gdy wpadłam na jakże genialny pomysł! - zajrzałam do streszczeń zamieszczonych w internecie.

Cieszę się, że „Legenda o Sigurdzie i Gudrun” trafiła w moje ręce, aczkolwiek ocena byłaby dużo niższa, gdyby nie rewelacyjne, zapadające w pamięć zakończenie drugiej pieśni. Generalnie, bardziej przypadła mi  ona do gustu niż pierwsza. Zdarzenia płynniej przechodziły jedno w drugie, były bardziej dynamiczne. Polecam fanom Tolkiena i wszystkim, którzy lubią legendy/mity skandynawskie.